Raport stanu rodziny: + 1 członek, wiek: jakoś -1 tydzień, bo wcześniak, ale żyje na tym paskudnym świecie od 13.12.11 (lubię cyferki w moim życiu, pewnie jest to związane jakoś z położeniem Merkurego i Plutona, który już nie jest planetą.
Objętość chałupy: -120 cm^3, które zajęło akwarium, co prawda niby chciała je Martyna, no ale że kiedyś miałem akwarium takie małe, a zawsze chciałem mieć takie duże, no to ma przerąbane, bo mam nowe dzieci, w sensie rybki. Zresztą mała, to mała (bo dziewczynka, konkretnie, to Nina): póki co głównie je i śpi, w pozostałe czynności fizjologiczne, jak to facet, wolę nie wnikać. Póki co jestem jej więc jako-tako zbędny poza okresowym przytulaniem, bo nie pełnię dla niej funkcji mleczarni, no a poza tym jest jeszcze Wojtek, którego jako faceta muszę prowadzić, kierować na właściwą drogę życia, dawać odpowiednie wzorce do naśladowań, kształtować psychikę i postawę moralną i inne takie, o których czyta się w mądrych książkach napisanych przez Amerykanów.
Stan cywilno-prawno-dramatyczny: zniewolony na stałe. Tzn. niby da się to cofnąć i anulować, ale tyle z tym załatwiania, że komu by się chciało. Także jestem żonaty, noszę obrączkę (wielka mi różnica i tak nosiłem), jedyne co, to że urzędom nie muszę już udowadniać, że jestem ojcem moich dzieci, zresztą i tak więcej na stanie nie planuję posiadać, więc plus znikomy, ot, dałem się wrobić. No ale nie żałuję, fajne wesele, fajny wieczór kawalerski (a co), fajna sesja zdjęciowa na dachu kopalni, odchorowana gorączką 40 stopni, więc jest oka. Mam żonę dzieci i akwarium i jest fajnie.
Poza tym zmieniłem pracę, co jak okazało się było trafnym wyborem, bo w tym pięknym i chorym kraju jak widać da się jednak przychodzić do pracy o godzinie co prawda porannej ale bliżej niezdefiniowanej oraz wychodzić o normalnej, zarabiając przy tym godziwie i otrzymując płacę za efekty, a nie bicie rekordów w "ja powinienem zarabiać więcej, bo dłużej siedzę i nic nie robię i zajmuję się duperelami". Przy czym - zaznaczmy - płaca za efekty oznacza rozsądną pracę w rozsądnym czasie, a nie zapierdalanie po 15 godzin dla wyrobienia godziwego wynagrodzenia w wysokości połowy najniższej krajowej, potrąconej o ubezpiecznia, podanej oczywiście brutto. Co prawda nigdy na szczęście takiej pracy podejmować się nie musiałem, ale miesięczny rekonesans w rynku pracy wystarczył, by załamać ręce nad naiwną bezradnością biznesmenów posiadających profil na Golden-Line i produkujących ekskluzywne rękojeści do noży do obierania ziemniaków.
Fajnie jest no. Własne mieszkanie, własna żona, własne dzieci, własny telewizor, własna kablówka. Tylko nudno mi trochę jednak w tych Katowicach, w nielicznych wolnych chwilach, bo nie można iść do najlepszego kumpla, albo kazać mu przyjść o 4 rano, żeby pogadać, napić się, albo zapalić fajkę, najlepiej wszystko w pakiecie All Inclusive. Ale i tak spoko jest, okazuje się, że "wybrałem Cię spośród milionów, wybrałem tak jak mogłem wtedy najlepiej" i wybrałem całkiem nieźle, pomimo że te prawie 6 lat temu w momencie wybierania byłem raczej mocno wkurwiony, ale jednak starałem się zachować poziom w doborze ;). Dobrze, ze tylko mocno wkurwiony, a nie zdesperowany, bo miałbym jakąś łysiejącą Helgę robiącą kluski śląskie, a tak mam tylko mleczarnię na etacie ;)
Król bezgranicznie kochał swą małżonkę, królową, a ona całym sercem kochała jego. Coś takiego musiało skończyć się nieszczęściem. - Andrzej Sapkowski
Wyciągając wnioski z powyższego przykładu szczęśliwie udaje mi się ograniczać swą codzienną miłość, co zresztą dobrze jest widoczne w jakże codziennych kłótniach i moim wstawaniu skoro świt, a raczej jego braku. Pomimo tego od ponad 5 lat udaje mi się trwać w tym samym związku, co jest jedną z większych zagadek, biorąc pod uwagę moje jakże łagodne usposobienie, skłonność do kompromisów i pokojowe nastawienie wobec ludzi i całego świata.
A tak bardziej serio, to cieszę się, że potrafię odnaleźć radość w tej codziennej monotonii życia i że zaczęła mi się ona podobać. Cóż, kiedyś trzeba się uspokoić, zresztą w domu jest tyle ciekawych rzeczy do roboty: pytanie Wojtka 50 razy na godzinę czy chce siku po to, żeby i tak wysikał się do majtek, zabawy samochodami a od dzisiaj również pociągiem, bieganie po domu, łaskotanie, aż dziw bierze, że między tym wszystkim mam jeszcze czas na pracę, granie w Fifę 11, Mass Effect i czytanie książek. Postanowiłem także zmienić swój stan cywilny, o czym wczoraj poinformowałem przyszłego świadka. Oczywiście najważniejszym elementem każdego ślubu jest wieczór kawalerski! Ale żeby go perfekcyjnie przygotować trzeba będzie zrobić jakieś próby, jakąś wczesną wersję alfa, pre-beta, beta itp. Kobiety oczywiście jako że robią wszystko intuicyjnie, doskonale i perfekcyjnie już za pierwszym razem, to wieczór panieński będą miały jeden. Ale do tego jeszcze czas, bo ponad rok.
Co mnie skłoniło do zmiany stanu cywilnego? Oczywiście wieczór kawalerski, ale poza tym jest jeszcze sporo innych plusów, ot chociażby wspólne rozliczanie majątkowe czy większa zdolność kredytowa. A także to, co napisane jest poniżej.
Czy jestem szczęśliwy? Tak, bo mam jednak wspaniałą kobietę i wspaniałego syna, który napędza codzienną monotonię optymizmem i sprawia, że staje się ona mniej monotonna. Pewnie, że to banalne stwierdzenie, ale obserwując dzieci można się nauczyć cieszyć się z drobiazgów, na które w ogóle nie zwracamy uwagi. A przecież warto, warto tak zwyczajnie, dziecinnie i naiwnie cieszyć się światem.
Byłbym głupi gdybym chciał z tego wszystkiego zrezygnować i nie rozwijać tego. Przepraszam zatem, za wszystkie złe słowa, które wypowiedziałem i pewnie jeszcze wypowiem, za wszystkie czyny, których nie powinienem popełnić. Przepraszam też za to, że z reguły to mi się nic nie chce i najchętniej bym spał, ale na to już nic nie poradzę, człowiek nie powinien rozstawać się ze swoim hobby.
Dziękuję za codzienność: za szczęśliwe życie, za kawę rano i czasami śniadanie, za to, że mam się wieczorem do kogo przytulić i nie jest mi zimno w nogi. Cholera, dziękuję też za seks, bo przecież bez niego się dość ciężko funkcjonuje. Ta nudna codzienność stała się dla mnie tak codzienna, że nie byłbym już w stanie bez niej żyć.
Jest dobrze. A będzie jeszcze lepiej. Taką mam nadzieję, ale też bardzo tego chcę, więc powinno wyjść, pomimo wszystkich błędów, które popełniam, ale każdemu przecież zdarza się pomylić niebo z gwiazdami odbitymi nocą na tafli jeziora.
skomentuj (5)
Jakieś pół roku temu miałem okazję stać się szczęśliwym posiadaczem blokady na kole mojego samochodu. Blokadę ową założył nie kto inny, jak nasi dzielni stróże prawa i porządku, strażnicy miejscy. Powód oczywisty - parkowanie na zakazie zatrzymywania. Nie zauważyłem znaku zakazu, mea culpa, mea maxima culpa. Pomijając fakt, że nie mam pojęcia dlaczego ten zakaz się w tym akurat miejscu znajdował, bo nie przeszkadzałem ani pieszym ani innym pojazdom, podobnie zresztą jak i większość samochodów z blokadami, które mijam w Katowicach. Prawda jest taka, że miejsc parkingowych standardowo brakuje. Rozumiem jakim grzechem jest parkowanie na chodniku, nie zostawiając miejsca dla pieszych albo przy ruchliwej drodze, tak że pół samochodu wystaje. Często jednak jest tak, że samochód z założoną blokadą nie przeszkadza nikomu, poza rzeczonymi strażnikami. Ale OK - zakaz to zakaz, a nie o tym miało zasadniczo być.
Przytoczyłem powyższą historyjkę akurat teraz, ponieważ wczoraj miałem okazję się nieco wku... rzyć. Przybliżmy nieco szkic sytuacyjny, aby nadać odpowiedniego dramatyzmu.
Miejsce akcji: Katowice, jedna z ulic w centrum miasta.
Okoliczności przyrody: z nieba niemiłosiernie pada deszcz, śnieg, wieje wiatr, jest mokro, temperatura kilka stopni poniżej zera, generalnie - nic fajnego.
Bohaterowie: Ja i Opel Astra, Renault Laguna i Pan od Laguny, Pan z giełdy, Pan z innego auta, nasi dzielni strażnicy miejscy.
Przebieg wydarzeń: Jako że dnia poprzedzającego zdarzenie miałem okazję wypić nieco więcej niż dozwolone 0,2 promila, a podejrzewam, że uzbierało by się tych 0,2 promila nawet z dziesięć, to logicznie zostawiłem mojego Opelka na mrozie i chłodzie, poklepałem go przyjacielsko po masce i rzekłem "zaczekaj tutaj, Pan się napije i rano do Ciebie wróci". Tak też się stało, rano gdy przybyłem Opel stał gdzie stał i grzecznie na mnie czekał, wszystko byłoby w porządku, gdyby wyjazdu nie uniemożliwiała mi pewna Laguna, zastawiająca bezczelnie mój i jeszcze jeden samochód. Jako że do przejścia miałem sporo, nachodziłem się z pół godziny, byłem już przemarznięty i nie marzyłem o niczym innym jak o zagrzaniu silnika i poczuciu kojącego ciepła - widok Laguny podniósł mi ciśnienie tak, że cały urok wczorajszego wieczoru momentalnie szlag trafił. Rozejrzałem się i zobaczyłem w samochodzie stojącym za Laguną kierowcę. Pukam w szybkę.
- Ja chętnie odjadę, ale to i tak Panu raczej nic nie da, bo najpierw tej Laguny trzeba się pozbyć - usłyszałem na dzień dobry.
- Taa... nie wie pan przypadkiem gdzie ten przykład wrodzonej inteligencji się podział?
- A pewnie na giełdę komputerową poszedł. Może pan zaczeka chwilę to odjedzie, ale on tu już tak od godziny stoi.
- Dziękuję bardzo - westchnąłem - Nic to, idę zrobić rozpierduchę.
- Powodzenia.
Kierując się w kierunku giełdy ciśnienie wzrastało jeszcze bardziej, już sobie wymarzyłem nawet, że wejdę tam i w drzwiach krzyknę "czy ten debil od Laguny może łaskawie zabrać swoje auto czy mam sam je przestawić?", już, już nabierałem powietrza w płuca, już otworzyłem drzwi wchodząc z rozpędu i... zobaczyłem tłum ludzi, zgiełk i ogólnie okoliczności, w których mojego krzyku nikt by raczej nie usłyszał. Podchodzę więc do Pana kasującego bileciki za wstęp.
- Dzień dobry, macie tu jakiś mikrofon czy coś takiego, przez co można nadać ogłoszenie?
- Niestety nie, a co się stało?
- Zastawił mnie ktoś Laguną i nie mogę wyjechać.
- Laguna, to może od Wojtka... Ee! Dawać mi tu Wojtka!
Przybywa Wojtek
- Wojtek, ty masz Lagunę? Bo pana ktoś zastawił.
- Ja nie, może Andrzej, poszukam go.
- Ok, to jak ktoś się znajdzie, to ja czekam i marznę przy samochodzie - powiedziałem i wyszedłem.
Stwierdziłem, że nie odpuszczę. Gościa mają odholować, ma zapłacić mandat i za holowanie. A jak zdąży odjechać, to chociaż mandat, więc cyknąłem dwa ładne zdjęcia, jedno ilustrujące sytuację i drugie, ze zbliżeniem na numery rejestracyjne. Po czym wykręciłem 986.
- Straż Miejska Katowice, słucham.
- Dzień dobry, ja w takiej... wie pan co, nieważne, akurat przejeżdża patrol - ucieszyłem się po raz pierwszy w życiu na widok furgonu Straży Miejskiej.
Pomachałem ładnie rączką, dając do zrozumienia, że czegoś chcę. Samochód zatrzymał się, szyba opuściła się i zobaczyłem całkiem ładną panią strażnik (a co, sytuacja jak sytuacja, ale facet wygląd ocenić musi, taki obowiązek). Pomyślałem sobie, że przy ich nadgorliwości ochoczo wysiądą z samochodu, spiszą numery, wlepią mandat, poszukają właściciela w najbliższej okolicy i przy odrobinie szczęścia, po zapewne długim czasie przyjedzie laweta i zabierze delikwenta. Zmarznę jak cholera, ale poprawię przynajmniej sobie nastrój. Tak, jestem mściwy i jest mi z tym dobrze.
- Dzien dobry, ja mam tu taki problem, chcę wyjechać tą Astrą, ale nie mogę, bo ktoś mnie zastawił. Nie wiem jak możecie mi pomóc, ale coś trzeba zrobić, bo inaczej będę tu tak stał.
Na twarzy pani strażnik zobaczyłem konsternację.
- Ale to pewnie ktoś na giełdę poszedł i zaraz wyjdzie. - stwierdziła z wahaniem.
Że jak? Ja tu z problemem życia i śmierci, wyglądam jak czterdzieści trzy nieszczęścia, przemoczony, zmarznięty i wciąż wczorajszy, oczekuję pomocy od służb, które mają mi jej udzielić i... nic? Świetnie...
- Raczej wątpię, bo pan z samochodu obok mówi, że on już tak od co najmniej godziny tu stoi - postanowiłem się bronić.
Na twarzy obu strażników zobaczyłem miny pod tytułem "no i co by tu teraz zrobić, w sumie to musimy zareagować, ale chyba nie bardzo wiemy co by tu właściwie wymyślić." Coś pogadali między sobą, popatrzyli na mnie wzrokiem "Sorry ziom" i... nic.
- Może tak chwilę jeszcze postać czy przeszkadza i zabrać? - usłyszałem za plecami. Odwróciłem się i zobaczyłem kogoś, kto najwyraźniej był właścicielem Laguny. Miałem już powiedzieć coś w stylu "Nie, spoko, niech tak stoi nawet ze 2 dni, ja tutaj zaczekam, tylko skoczę jeszcze po kawę i frytki", ale pani strażnik powiedziała pierwsze sensowne zdanie.
- Nie może, bo tutaj jest kierowca i chce wyjechać, a Pan mu to uniemożliwia.
- Ok, ok, przepraszam, już odjeżdżam, przepraszam - kierowca Laguny ochoczo zaczął wsiadać do samochodu - Spokojnie, zawsze jak coś, to wystarczy wejść, powiedzieć i odjadę, bo ja tu tylko towar na chwilę przyjechałem wyładować.
Na chwilę na godzinę. Aha. Wystarczy wejść i powiedzieć. Aha. Wśród na oko setki ludzi na giełdzie mam bezbłędnie znaleźć właściciela samochodu. Aha. Zapewne powiniem jeszcze zdjąć odciski palców z klamki i na oko ocenić, przyglądając się dłoniom ludzi na giełdzie, czyje to auto. Aha. Co za debil ze mnie, że też od razu na to nie wpadłem. Popatrzyłem na strażników, rzuciłem "dziękuję tak czy inaczej", wsiadłem do samochodu i olałem sprawę. Mogłem oczekiwać wlepienia mandatu, mogłem wysłać im zdjęcia i nadal oczekiwać tego samego, mogłem zrobić awanturę i sobie ulżyć, mogłem... ale mi się odechciało, bo nasi dzielni stróże prawa skutecznie mnie do tego zniechęcili, a jednak nie jestem typem, który chce naprawiać świat, mogłem odjechać, więc dałem spokój. Może niesłusznie, inni kierowcy już nieraz robili mi awantury bez powodu, a ja powód miałem.
Bo tak na ścisłość, to dlaczego właściwie miałem robić coś ponadto, co zrobiłem? Sytuacja była jasna i klarowna, było wykroczenie - jest mandat. Zasadniczo nie powinienem nawet zatrzymywać samochodu stażników - widząc sytuację sami, bez mojego udziału, powinni się nią zainteresować i zrobić to, co do nich należy. Naprawienie szkody, czyli przestawienie samochodu niczego tu nie zmieniło, wykroczenie było i przysporzyło mi sporo nerwów.
Ale najwyraźniej nie po to jest Straż Miejska. Co innego postawić zakaz zatrzymywania tam, gdzie nie powinno go być i założyć blokadę. Co innego postawić ograniczenie do 30 km/h, tam gdzie powinno być 50 albo i nawet 70, kawałek za znakiem ustawić samochód z fotoradarem i wysyłać do kierowców sympatyczne zdjęcia. To akurat jest proste, daje szybki i pewny zysk, a karany nie ma o czym dyskutować. Ale tutaj było gorzej: blokada niczego by nie zmieniła, bo nadal bym nie wyjechał, lawetę trzeba wezwać, a przecież zanim przyjedzie, to się wszyscy naczekają, wypisać mandat jak już kierowca się napatoczył... można! Dlaczego tego nie zrobili, nie wiem. Ktoś może powiedzieć, że gdybym był kierowcą Laguny, to bym się cieszył, zwykłe niemiłe nieporozumienie, problemów nie robił, winę zrozumiał, więc po co mandat. Nie, nie byłbym kierowcą Laguny. Wolę zasuwać kilkaset metrów pieszo, z bagażem i obciążeniem, w mróz, deszcz, śnieg, cokolwiek, niż uprzykrzać życie innym kierowcom albo ryzykować mandatem. A temu komuś zwyczajnie się nie chciało, miał w głębokim poważaniu mnie i kierowcę drugiego zastawionego samochodu, zastawił nas i radośnie okazując swoje poważanie poszedł w cholerę. To chyba większe wykroczenie, niż parkowanie na zakazie, tam, gdzie zasadniczo nikomu się nie przeszkadza, tak czy nie? Ale widać rola strażników nie na tym polega, zrobić rundkę po mieście, pozakładać blokady, rozstawić fotoradary, dać mandat za rzucanie papierków, albo przechodzenie na czerwonym o 4 rano, gdy nic nie jedzie - to tak, to element standardwego dnia pracy, który na tym i tylko na tym polega. Wykazać inicjatywę i pomóc obywatelowi w potrzebie i przy okazji poprawić te swoje statystyki - eee, że jak?
A tak na koniec, to już mniej obszernie o fotoradarach będzie. Nie, nie jestem ich wrogiem, wręcz przeciwnie - uważam, że są najlepszym możliwym środkiem prewencji, są genialnym wynalazkiem i tam gdzie ich umiejscowienie jest uzasadnione (przejścia koło szkół, niebezpieczne skrzyżowania), to czym ich więcej, tym lepiej. W poprzednim zdaniu mamy dwa kluczowe sformułowania: "środek prewencji" i "tam gdzie ich umiejscowienie jest uzasadnione". Fotoradar ma spełniać funkcję (uwaga, trudne słowo) prewencyjną. Powinien być ustawiony na stałe, a kilkaset metrów przed nim powinien widnieć znak "Uwaga, fotoradar". Każdy kierowca zwolni i o to właśnie w tym chodzi. Stawiamy raz, spokój mamy na zawsze. A ci którzy zignorują ostrzeżenie zostaną ukarani i bardzo słusznie. W takim przypadku nawet atrapy są jak najbardziej wskazane, kierowcy jeżdżący trasą codziennie i tak się zorientują, ale efekt zawsze jakiś tam będzie, w końcu to drogie urządzenie, więc czasami trzeba ratować się atrapami.
Problemy mamy zasadniczo dwa:
1. Nadgorliwość w stawianiu fotoradarów. Są trasy gdzie są one zwyczajnie zbędne, gdy zwyczajnie spowalniają ruch i ich obecność wręcz zwiększa ryzyko wypadku, bo zirytowani kierowcy co chwilę gwałtownie zwalniają i przyspieszają a ich irytacja sięga zenitu, gdy mijają piąty, szósty i piętnasty fotoradar na kilkukilometrowym odcinku. Ale ok, te są oznakowane i to nie jest największy problem.
2. Dlaczego nikt przy okazji reform odnośnie fotoradarów i usuwania atrap nie mówi o oznakowaniu fotoradarów przenośnych? To też nie jest trudne przecież: ustawiamy na poboczu nasz samochodzik-pułapkę, kilkaset metrów wcześniej ustawiamy przenośną tabliczkę "Uwaga, fotoradar" i sprawę mamy z głowy. Fotoradar pełni wtedy funkcję prewencyjną, a nie zarobkową. I tutaj zapewne mamy szkopuł. Bo obywatel uważa, że fotoradar powinien być prewencyjny, a Urząd Miasta twierdzi, że zarobkowy. Wprowadzenie przepisu o którym mówię skutecznie zmniejszyłoby wpływy do kasy miejskiej, a z telewizji zniknęliby panowie strażnicy dumnie chwalący się, że "zakupiony fotoradar zwrócił się już po tygodniu". Pół biedy, gdyby te przenośne fotoradary były ustawianie tam gdzie trzeba. A jak jest każdy wie: zazwyczaj znajdują się za jakimś bzdurnym ograniczeniem prędkości, ustawionym chyba tylko po to, by fotoradar było gdzie stawiać.
I tyle w temacie. A może podsunąć rządzącym pomysł znakowania przenośnych fotoradarów? Przejdzie? Pytanie retoryczne niestety.
Tagi: policja, mandat, fotoradar, drogówka, straż miejska
skomentuj (1)
Na warszawskich powązkach stanął pomnik ofiar katastrofy spod Smoleńska, jednak (co było do przewidzenia) nie podoba się on wszystkim. Dlatego też założono już "komitet postawienia innego pomnika w innym miejscu". Poza tym Panu Kaczyńskiemu odpowiedniejszym miejscem na składanie symbolicznych kwiatów wydaje się pałac prezydencki, tam, gdzie stał krzyż, będący symbolem chrześcijaństwa, a poza tym oszołomstwa, fanatyzmu, głupoty i "nie wiedzenia czego właściwie się chce, ale robimy dym, bo nam się nudzi w domu". Media nie donoszą, czy eks premier się obraził, a w międzyczasie postawiono pod pałacem już nowy krzyż, taki mniejszy, typowo symboliczny i już nie tak brutalnie broniony, ale liczy się sztuka.
Informuję wszystkich zainteresowanych, że zakładam komitet "przemalowania barierek od schodów do klatki schodowej na niebiesko". Bo obecny czerwony kolor kojarzy mi się z komunizmem i mi się nie podoba, a że jesteśmy w Unii, to niebieski będzie w sam raz. A jak będzie trzeba, to sam je przemaluję i będę ich bronił. Zakładam, że komuś niebieski kolor się nie spodoba, dlatego też osoby takie mogą pomalować barierki od podjazdu dla wózków.
A później jak nam te barierki wandale zniszczą, to postawimy im pomnik. Mam nadzieję, że wszystkim się spodoba.
Brzydki tytuł. Nieładny taki. Ale taka myśl nachodzi mnie na widok związków podręcznikowych. Związek podręcznikowy to taki, gdzie obie strony się kochają, są dla siebie miłe i całuśne, potrafią skoczyć za sobą w ogień i cała reszta propagandy. Po pierwsze primo, to jakoś nie umiem stwierdzić jak się skacze za kimś w ogień nie mając w tym doświadczenia, ale statystyka pokazuje, że takich deklaracji mamy sporo. A po pozostałe primo związki takie są miałkie, nijakie i... nietrwałe.
Jeśli związek jest cukierkowy to mamy dwie opcje: albo jest świeży, albo nie został sprawdzony, albo jest sztuczny. Cholera no, i 3 mi wyszły. Świeży wiadomo: kocham cię, ja ciebie też, do końca świata i tak dalej.
Niesprawdzony: no cóż, tutaj albo jeszcze nikt nikogo nie zawiódł, albo jeszcze się to nie wydało. Czas trwania partnera w niewiedzy jest w tym przypadku wprost proporcjonalny jego głupocie.
Sztuczny: czyli udajemy że jest fajnie, żeby było fajnie, a pozabijamy się w domu. Też nic ciekawego, niezła droga do patologii, urazów psychicznych na dzieciach, wieloletniej katorgi i pełen pakiet opcji dodatkowych.
Także morał jest taki: najlepsze są związki mające za sobą poważne powikłania, może i nawet zdradę, przynajmniej każdy wie na czym stoi i czego się spodziewać, a jeśli na chwilę obecną jest ok, to przynajmniej nie ma ryzyka, że ten drugi/druga odejdzie, bo "nie kupił mi sukienki", bo "nie lubi z połykiem", prawda? Czasami zdrowo na siebie trochę pokląć, ponarzekać i pokłócić się. Przynajmniej nie jest nudno ;)
W przypływie natchnienia zdałem sobie sprawę, że nie pisałem jeszcze o porodzie rodzinnym, gdy to urodził się mój syn, a co przecież miało miejsce spory kawałek czasu temu, bo będzie już ponad półtora roku.
Może tak: ma to być opis sytuacji i moich uczuć, ale na pewno nie reklama porodów rodzinnych, choć uważam, że to coś wspaniałego i osobiście nie wyobrażam sobie, bym przez te wszystkie godziny miał być w pracy, czekać na korytarzu, siedzieć w domu czy cokolwiek w tym rodzaju. Jestem typem człowieka, który czuje się bezpiecznie tylko wtedy, gdy wie wszystko o wszystkim, zatem logiczne jest, że chciałem być na bieżąco, a nie da się być bardziej na bieżąco, niż będąc na sali porodowej, od strony teoretycznej też przygotowałem się chyba nieźle, byłem więc gotów rodzić ;). Zdaję sobie jednak sprawę, że nie jest to dla każdego. Przede wszystkim nie każdy facet się do tego nadaje, jedni w ogóle nie czują klimatu, nie czują bazy i nie wiedzą o co w tym kaman, więc bez sensu żeby się pałętali po porodówce, drudzy nie posiadają - nazwijmy to - uwarunkowań psychicznych - do rodzenia, gdyż mdleją przy pobieraniu krwi albo skaleczeniu palca nożem w kuchni, a poród na żywo na pewno nie wygląda tak jak w amerykańskich serialach, gdzie dziecko wychodzi ładne, czyściutkie i wygląda jakby miało pół roku i było nieźle odchowane. Personel medyczny ma dość zajęć przy ciężarnej i rodzącym się dziecku, by jeszcze przejmować się mdlejącym i panikującym tatusiem (Ona cierpi! Ona umrze! Gdzie jest lekarz?! Dajcie jej ten no! Marihuany! Morfiny!). A psychikę trzeba mieć niezłą, o czym później. Są też tacy, którzy za wszelką cenę chcą pomóc, tutaj anegdotka ze szkoły rodzenia, prowadzonej naturalnie przez położną: pewien prawie tatuś widząc ganiający personel głupio czuł się stojąc bezużytecznie z boku, postanowił więc przydać się na coś i pomóc w staniu stojakowi na kroplówki. Efekt był taki, że w końcu zemdlał i przewrócił się razem ze stojakiem ;). Był też taki, który zaaferowany ciążącym na nim obowiązku zawiezienia do szpitala rodzącej żony, pojechał do owego szpitala, niestety zapominając o pakunku głównym, czyli żonie, która przyjechała taksówką.
Ja na szczęście do takich typów się nie zaliczam i jestem bardzo opanowany w sytuacjach kryzysowych, co zweryfikowało już parę razy życie, gdy to miałem okazję udzielać pierwszej pomocy przy wypadkach, albo samemu będąc ich ofiarą, czy też oddając krew i patrząc jak w woreczku wesoło przelewa się pół litra mojej cieplutkiej krwi właśnie wypompowanej z żyły, podczas gdy inni mdleli przy wkłuciu itd. Moje opanowanie w sytuacji kryzysowej zwanej porodem było aż groteskowe, bo gdy Martyna oznajmiła, że właśnie odeszły jej wody, to westchnąłem i stwierdziłem "kurczę, a chciałem się spokojnie wykąpać i dokończyć maila" ;). Ale mus to mus, co nie zmienia faktu, że i tak się wykąpałem. Zebraliśmy co potrzeba i wyruszyliśmy w drogę do szpitala, w którym wymarzyła sobie poród, a mieliśmy do niego niestety ponad 50 km, a mgła była tak gęsta, że zachowywałem się niczym maszynista pociągu i trąbiłem profilaktycznie zbliżając się do skrzyżowania. Co jak co, ale stłuczka w takiej sytuacji byłaby głupia. Zasadniczo może trochę nie doceniałem powagi sytuacji, a może faktycznie byłem aż tak opanowany, ale panikowałem mniej niż ona, która co chwilę mówiła co ile minut ma skurcze, a ich częstotliwość wskazywała że poród już prawie się zaczyna (miała co dwie minuty, do szpitala jedzie się, gdy są co dziesięć). Ale dobra, dojechaliśmy spokojnie, jadąc przepisowo i trafiliśmy na izbę przyjęć.
Od strony opieki medycznej nie mam praktycznie nic do zarzucenia, co czasami w polskich realiach brzmi jak science fiction. Porody rodzinne w szpitalu, w którym odbył się poród już dawno przestały być tam (i chyba w większości placówek) farmazonem z odległej Hameryki, na izbie przyjęć obsłużono nas może nie super ekspresowo, ale wystarczająco szybko i spokojnie, bez dezorientacji, wszyscy wiedzieli co gdzie i jak, także sprawnie trafiliśmy na salę porodową podzieloną de facto na trzy części, czyli porodówkę, łazienkę i pokój dla widzów z telewizorem, gazetami, kawą, herbatą i w ogóle luksusy jak w Hameryce, także byłem pod wrażeniem. Poród może trwać przecież przez wiele godzin, a nawet się wziąć i na długo rozmyślić, dobrze jest więc mieć do roboty coś innego, niż gapienie się na ścianę. Ja dostałem seksowny zielony fartuch, co dało mi +3 do morale i +10 do higieny ("Proszę mnie nie dotykać, jestem sterylny"), ogółem fajnie. Położne cóż, spóźniły się z podaniem znieczulenia, przez co Martyna miała bóle w okolicy krzyża, które to są podobno najgorszymi z możliwych, na własnym ciele nie doświadczyłem, ale patrząc na nią byłem w stanie w to uwierzyć. Mimo tego jednak oceniam je super (położne, nie bóle), wszystko odpowiednio i na czas, zgodnie z procedurami, przygotowywane odpowiednio wcześniej, KTG regularnie podłączane, funkcje życiowe malucha monitorowane na bieżąco. Może trochę oschłe i niemiłe (dziewczyno, czego ryczysz, to jest poród), ale słowa te w tej skomplikowanej sytuacji były bardziej motywujące niż deprymujące, żadne mocniejsze i nie na miejscu hasła nie padły, a zaliczam się do osób które jako pierwsze wzywają wszystkich możliwych świętych i rzucają przepisami oraz paragrafami, także nie ma na co narzekać, od strony technicznej zachowały się super fachowo i chwała im za to.
Teraz aspekt bardziej psychologiczny: po co właściwie ja tam i czy facet w ogóle powinien się w takie coś bawić. Na pewno moja obecność pomogła, choćby dlatego, że z racji bólów krzyżowych Martyna większość czasu spędziła pod prysznicem, a ja lałem jej gorącą wodę na krzyż, co łagodziło ból. Myślę, że pomagałem też samą obecnością, bo nie bardzo miałem co mówić widząc jak cierpi, bo co miałem powiedzieć? Kochanie, będzie dobrze? Trzymaj się, tak trzeba, na pewno tak strasznie nie boli? Pomyśl o zielonym niebie i niebieskiej trawie, to będzie lepiej? Albo jakiś gospel? Nie, zdecydowanie nie. Chodziłem za nią jak duch, obserwowałem, patrzyłem, trzymałem za rękę, pytałem czy nic nie trzeba i to było chyba najbardziej na miejscu. Trzeba jednak być twardym psychicznie, bo patrzenie na kobietę w takim stanie, to jednak spora trauma. Zwłaszcza, że w towarzyszącym bólu padały z jej ust różne dziwne zdania, które kojarzą się bardziej z filmami o opętaniach niż o porodach. Na przykład: spierdalaj, daj mi spokój, nie chcę cię widzieć, zabij mnie, niech mnie ktoś zabije, dajcie mi kurwa znieczulenie (w zasadzie brakowało tylko "Pan jest moim pasterzem" i "Czesio chce ognicho"). Jeśli komuś teraz wydaje się, że to nienormalne, to już prostuję: proponuję rodzić samemu, a później się wypowiadać. Ludzie w takich sytuacjach reagują bardzo różnie i bardzo skrajnie i trzeba być na to przygotowanym, albo to znieść, albo wyjść, albo w ogóle nie przychodzić. Trzeba się w pewnej mierze zobojętnić, tak jak zobojętnia się ratownik medyczny czy strażak, robić to co należy i nie panikować. Jak wspomniałem nie jest to tak jak w amerykańskich ostrych dyżurach i innych "S jak szpital" czy "P jak poród", a moment, gdy kobieta trafia na łóżko z nogami uniesionymi w górę i przywiązanymi do niego skórzanymi pasami na pewno nie jest romantyczny, wysiłek i ból towarzyszący - przynajmniej jej - porodowi był tak wielki, że rodziła na granicy przytomności, robiąc sobie kilkusekundowe drzemki z wycieńczenia pomiędzy parciami. Zresztą i tak niewiele z tego pamięta, czemu ciężko się dziwić. Ale i tak sprytna z niej bestia, przytoczę mały dialog pomiędzy nią a położną:
- Już widać główkę.
- Wiem, widzę.
- (konsternacja) Jak to widzisz?
- No tam, w szybie...
A ta zasadnicza, najbardziej bolesna i traumatyczna część trwała ponad godzinę, ale wytrzymałem ;). I wyjście dziecka na świat na pewno nie wygląda tak jak na filmach, że widać główkę, widać więcej główki, rączka, nóżka, brzuszek, pępuszek, już prawie, jeszcze trochę blablablablablabla... to było jedno porządne parcie, gdy dziecko wyszło i tak to powinno prawidłowo wyglądać. W żadnym romantycznym "S jak szpital" nie uświadczycie też panowie widoku tych (litrów?) wód płodowych wylewających się w ślad za dzieckiem i chlustających głośno o podłogę. Gdy już Wojtek wyszedł na świat zaproponowano mi przecięcie pępowiny i tu poległem po raz pierwszy ;). Kiedy go zobaczyłem, to rozpłakałem się, zaczęły trząść mi się ręce, a przypływ adrenaliny i endorfiny był tak wielki, że po prostu nie potrafiłem nad sobą zapanować. Patrząc na swoje rozdygotane i bezwładne dłonie musiałem więc odmówić, bo bałem się, że coś popsuję ;). Aha: łożysko kobiece na pewno nie wygląda tak jak łożysko samochodowe, także gdy lekarz ocenia jego wygląd, to proponuję odwrócić wzrok w drugą stronę, no chyba, że jest się - tak jak ja - wytrzymałym medycznym perwersem ;).
Myślę sobie, że "rodzenie" razem z kobietą dało mi wiele. Uczestniczenie w całej akcji było dla mnie zdecydowanie czymś lepszym, niż usłyszenie po wielu godzinach oczekiwania suchego: gratuluję, ma pan syna. No bo co? Już? Ok, fajnie, idę po popcorn. To było zdecydowanie coś innego, a uczucia towarzyszące temu są niesamowite. I do tego widok tego płaczącego malucha, który kwili przez cały czas, gdy położne myją go, zawijają, a który momentalnie uspokaja się czując ciepło i pierś matki, obdarzając całkowitym zaufaniem tę istotę, której przecież nigdy nie widziało... niesamowite. Niesamowite było też to, że byłem jedną z pierwszych osób, które mogły go dotknąć i to, gdy ufnie złapał mój palec podstawiony do jego dłoni. Wiem, wiem, to odruchy i instynkty... walić teorię, on od początku mnie kochał ;).
A gdy już było po wszystkim, maluch trafił na salę maluchową, a mamusia na salę mamusiową, gdy największe emocje opadły, mogłem wreszcie zachować się tak jak to już bywa w serialach: zszedłem do samochodu, usiadłem, wziąłem głęboki oddech, odpaliłem papierosa i pomyślałem: jestem ojcem. Powtarzałem tę myśl wielokrotnie i nie docierała ona do mnie jeszcze długo po tym. Tych emocji nie da się opisać, przynajmniej w moim przypadku. Jak wszystko się da, tak tego się nie da. Cieszyłem się jak naprawdę jeszcze nigdy w życiu. A później zacząłem dzwonić i drżącym, wciąż podnieconym głosem oznajmiać światu nowinę. Życzę wszystkim tylko takich porodów i tylko takich emocji.
Tagi: poród, poród rodzinny
skomentuj (4)
Na początek link do artykułu:
Zdaję sobię sprawę, że artykuł jest napisany w sposób mający grać na ludzkich emocjach. Jego autor nie mógł znać popełnionej zbrodni tak szczegółowo, jak to opisał. Nie wiem też, czy prawdą jest, że matce grozi 5 lat pozbawienia wolności, za "nieumyślne spowodowanie śmierci", co jest jakąś pomyłką i nie obchodzą mnie tłumaczenia o szoku poporodowym i tym podobne.
Jako ojciec śledzę artykuły na temat tego typu zbrodni, nie mam ochoty na wyszukiwanie większej ich ilości w tej chwili, każdy zainteresowany może sam sobie znaleźć w wyszukiwarce. Z pamięci rzucę jednak kilkoma przykładami:
- Matka imprezując sobie na działce ze swoim mężem całkowicie zapomniała o swoim dziecku, w wieku 1-2 lata (nie pamiętam dokładnie). Dziecko zmarło z głodu, w czasie sekcji w jego żołądku znaleziono tylko drzazgi z łóżeczka, w którym spało.
- Matka wstrzykiwała swojemu dziecku jego własne odchody. Tłumaczyła się niepoczytalnością. Dziecko na szczęście przeżyło.
- Ojciec w czasie kłótni skatował swojego 3 letniego syna. Śmierć na miejscu, wskutek licznych obrażeń całego ciała.
Gorąco zapraszam do dyskusji obrońców praw człowieka, którzy wytłumaczą mi, że kara śmierci jest złem. Moje poglądy są dość radykalne i uważam, że w sytuacjach takich, gdy śmierć ponosi małe dziecko, gdzie nie ma mowy o jakimś prowokowaniu, działaniu w obronie koniecznej itd. jedyną adekwatną karą jest kara śmierci. A jeżeli dziecko przeżyło, to sugeruję dożywocie w odpowiednio "komfortowych" warunkach, praca w kamieniołomach wydaje się idealna. Odnośnie samego sposobu wykonania kary, to preferowałbym zasadę "oko za oko", jednak z racji braku szans na taką realizację, kara może być nawet humanitarna. Zastrzyk, powieszenie, krzesło. To że część z tych kar wiąże się z cierpieniem biednego zbrodniarza mało mnie interesuje. Odpierając argumenty przeciwników kary śmierci:
- Nawet jeśli osoby te były w jakiś sposób niepoczytalne, to i tak uważam, że należy zastosować karę śmierci. Jednostka chora psychicznie i stanowiąca zagrożenie dla otoczenia powinna być z niego eliminowana. Tym bardziej, że historia pokazała i pokazuje, że ucieczka w szaleństwo potrafi być dobrą linią obrony.
- Skazanie na karę śmierci niewinnej osoby: owszem, jest takie ryzyko. Ale wykonanie kary powinno być dokładnie zrewidowane, wina ewidentnie udowodniona. Wiem, że ryzyko nadal pozostaje, wiem, że nakręcono nawet o tym film. Ale uważam, że - statystycznie rzecz biorąc - więcej potencjalnych ofiar zostanie uratowanych, niż niewinnych ludzi niesłusznie skazanych. Może dla niektórych zabrzmi to głupio, naiwnie i bezdusznie, jednak tak uważam.
- Kara śmierci nie zwróci życia ofiarom: nie, ale zapobiegnie kolejnym zbrodniom popełnianym przez te same osoby, jest też skuteczniejszym środkiem odstraszającym.
A gdyby to kogoś z mojej rodziny niesłusznie skazano? Cóż, trudno. W razie czego na pewno nie wzruszałbym ramionami i walczył o uniewinnienie, ale ryzyko takie zawsze pozostaje i trzeba się z nim liczyć. A co powiedzą obrońcy praw człowieka, gdyby to ich dzieci zginęły taką śmiercią? Spalenie, pobicie, wstrzykiwanie trucizny, gwałt? Czy 5 lat za nieumyślne spowodowanie śmierci ich satysfakcjonuje? Czy satysfakcjonuje Was 25 lat lub dożywocie?
Pisałem o dzieciach, bo to dobry przykład, dziecko jest istotą z definicji niewinną, nie jest w stanie "zasłużyć" sobie na swój los, ale tego samego zdania jestem w przypadku innych, ciężkich zbrodni. Naprawdę, osobiście poczuję się lepiej i da mi to jakąś wewnętrzną satysfakcję, gdy przeczytam "matkę skazano na śmierć przez powieszenie" niż "matce grozi 5 lat więzienia za nieumyślne spowodowanie śmierci". Dura lex, sed lex.
Tagi: dziecko, śmierć, zbrodnia, kara śmierci, spalenie
skomentuj (34)
Na początek chciałbym podziękować wszystkim za tak silny odzew (również tym nie sprzyjającym), nie przeczytałem jeszcze wszystkiego, bo zwyczajnie nie byłem w stanie, co do kilku wypowiedzi jednak się odniosę. Dziękuję także Panu Onetowi za reklamę, bo zawsze twierdziłem, że piszę dla ludzi, nie dla siebie.
W ramach sprostowania, bo nie każdy chyba zauważył: nie napisałem nigdzie, że młodzi ludzie są ok, ani że osoby starsze to demony. Napisałem za to, że pomagałem pewnej staruszce mieszkając na stancji, co chyba świadczy jednoznacznie o tym, że nie oceniam nikogo metrykalnie. Wiek nigdy niczego nie zmieni w mojej ocenie indywidualnej danego człowieka.
W ramach kontrastu: nie tak dawno, będąc na urlopie w miejscowości, której nazwy nie przytoczę, bo i tak nikt nie będzie wiedział gdzie to jest, tak czy inaczej taki mały koniec świata. Jadę starą, zniszczoną asfaltową drogą, a za mną, trzymając się maksymalnie blisko - stary Golf. Myślę sobie co on kombinuje, może chce wyprzedzać? Zaglądam w prawe lusterko - jadę prawie poboczem, po lewej ma miejsca dość, niech więc wyprzedza. Kombinował tak jeszcze parę kilometrów, w końcu wyprzedził. I zwalnia, aż się zatrzymuje. Myśle, już wkur... zdenerwowany o co chodzi. Okazało się, że nie trafiłem na najlepszego kierowcę we wsi. To był najlepszy kierowca w powiecie. Z towarzystwem. Jeden z towarzyszy otwiera drzwi i wychodzi, dzierżąc dzielnie piwo w dłoni, jak na towarzysza najlepszego kierowcy w powiecie - nie miał koszulki.
- Ty wieśniaku, jak kurwa jeździsz, chuju zajebany, naucz się kurwa jeździć pojebie...
Dalej nie słuchałem, uśmiechnąłem się złośliwie, wyminąłem najlepszego kierowcę w powiecie, najlepszy wóz w powiecie i pozostałych 3 kompanów i pojechałem dalej. Warto zauważyć tu cztery kwestie:
1. Zazwyczaj nie oceniam nikogo etnicznie ani geograficznie, ale słowa od mieszkańca małego końca świata, do człowieka w samochodzie na tablicach SK (Katowice) - bezcenne
2. Najlepszy kierowca w powiecie oraz towarzysze zachowali się nad wyraz dzielnie - mieli wszak przeciwko sobie mnie, moją narzeczoną oraz - o zgrozo! - moją 13-letnią siostrzenicę! To jednak nie zbiło ich z tropu, nie zabrakło im odwagi i mimo istniejącego zagrożenia - przeciwstawili się mi, wszak o porządek dbać trzeba.
3. Te osoby miały jakieś 20-25 lat.
4. Dlaczego do kurwy nędzy ja nie mam pozwolenia na broń? Albo wiatrówki chociaż?
Wspominałem też swego czasu o komórkowych zestawach Dolby Surround 18.1, z których zazwyczaj wydobywają się dźwięki jedynej, prawdziwej, hip-hopowej muzyki.
Także - nie jest tak, że kogokolwiek młodego gloryfikuję. Krytykuję tak samo, jak wszystkich innych, jednak temat skupiał się na jednym zagadnieniu. Nigdy wszystkich się nie uszczęśliwi. Jeżeli jednak uraziłem kogoś kto na to nie zasłużył, to przepraszam.
I gratuluję - przede wszystkim! - osobom w wieku gdzieś pomiędzy mocno średnim, a starczym, które stanęły po stronie ludzi młodych, a takich kilka się znalazło. Gratuluję szczerze, bo takich właśnie ludzi szanuję. Nie za to, że zgadzają się ze mną, a za to, że zapewne polubiłbym ich. Dla złośliwców - tak, pomimo ich wieku. Dla pozostałych, narzekających krótkie przesłanie: jak Wam się wydaje, te osoby stające po stronie młodzieży nie spotykają się z chamstwem z jej strony? Na pewno tak. Ale oni nie oceniają - tak jak Wy - po metryce. I wielu młodych także nie. Niestety te gorsze przypadki zawsze lepiej widać wszędzie i wpływają na wizerunek ogółu. Trudno.
Na koniec moje komentarze do komentarzy:
Nana
2009-10-13
19:20:56
Przeczytałam część wypowiedzi, bo wszystkich nie dałam rady, zresztą ton wypowiedzi jest powtarzalny - skargi na starych ludzi. A mnie się wydaje, ze oni są po prostu bardzo samotni i w ten sposób zwracają uwagę na siebie. Przecież ten co pisał pierwszy, stwierdził, ze w sprawie papierosów, nie czepiała się pani, z którą rozmawiali, pomagali. Samotność jest rzeczą straszną + do tego starość, niedołężność, bezsilność i często bieda.
Owszem, zgodzę się, ale nie taką drogą, prawda? Wiem, że wielu młodych zignoruje nawet miłe zaczepienie, inni złośliwie to później skomentują, wspomną coś o znudzonych starych babach i dziadach. Ja jednak taki nie jestem i nawet tak nie pomyślę. I zarazem nie jestem taki, by pozostać obojętny na chamstwo.
Max
2009-10-13
19:47:27
Wybacz, ale muszę ci to napisać.Jesteś chorym ze złości człowiekiem, z tego co napisałeś sączy się wiadrami jad, wyluzuj uśmiechnij się nie ściskaj tyłka tak mocno. życie przed tobą za kilka lat ędziesz wsoce wkurwiającym staruchem.
Nie, nie jestem chory ze złości ;). Wyrażam opinię i staram się być barwny w wypowiedzi ;). To że opisuję mniejsze i większe problemy nie znaczy, że spędzają mi one sen z powiek ;).
Najlepsze zostawiłem na koniec:
janno
2009-10-13
20:29:43
k.janno@gmail.com
Nie czytałem twojego bloga i nie zamierzam tego robić. Przeczytałem tylko ostatni post o ludziach starych. Sam jestem młody, ale żyję w otoczeniu ludzi starszych ode mnie i znacznie starszych. I tak sobie myślę, jakim to trzeba być pochlastem, żeby napisać coś tak kuriozalnego.Mam nadzieję, że to była prowokacja. Ale jeśli nie, to dobrze ci radzę. Śpiesz się umierać, bo szybko staniesz się starym pochlastem, a to może być straszniejsze, niż możesz sobie wyobrazić.
Nie, to nie była prowokacja, tylko opinia. Przykro mi że zawiodłem Twoje nadzieje, obiecuję, że następnym razem przyłożę się lepiej. Dziękuję za życzenia rychłej śmierci - to zapewne w ramach troski o to, bym się nie przemęczał. Mimo wszystko jednak mam tu jeszcze do załatwienia parę spraw: wiesz, pośmiać się ze staruszków, nasikać komuś na pomnik, zjeść kota. W wolnych chwilach pograć Ci na nerwach, wyrażam więc szczerą nadzieję, że mimo szumnej zapowiedzi wrócisz tutaj, by swoim komentarzem pokazać jak bardzo nie robi to wszystko na Tobie wrażenia. O, widzisz, prowokacja, już mam pomysł, zobacz, jak szybko się uczę, mimo bycia pochlastem. No to tak: kto uważa, że ten Pan to palant niech mu koniecznie napisze to na maila! Podał adres, jest w cytacie powyżej! No, to miłej lektury, mam nadzieję, że ktoś napisze.
A tak bardziej serio: wiesz, nie za bardzo życzę sobie, by ktoś oceniał mnie w ten sposób. Generalnie mógłbym odpłacić vice versa i też życzyć Ci śmierci, ale to nie w moim stylu ;). Pomęcz się jeszcze trochę ze sobą, będzie zabawniej ;).
Pozdrawiam wszystkich radiosłuchaczy i mam nadzieję, że kilku czytelników na stałe ze mną pozostanie. Bo naprawdę piszę dla ludzi i cieszę się, gdy ktoś to czyta ;). Dziękuję, pozdrawiam wszystkich ciepłych ludzi - młodych, w średnim wieku, starych i noworodków. Pozostali... no nie wiem, kupcie sobie psa, co? Albo autobus może...
Natchnięty wpisem na jednym z blogów znalezionych w sieci postanowiłem napisać dlaczego młodzież nie lubi starych ludzi. Pominę tu fakt, że starsze osoby często mają wiele słusznych argumentów wobec młodzieży, bo to osobna historia. Chodzi mi o czepialstwo starszych, zasadniczo bez powodu (albo i z powodem, ale tylko w ich mniemaniu), byle tylko coś wymyślić, a takich jest niestety zbyt wielu. Mam to szczęście, że na osiedlu, na którym mieszkam ten problem zasadniczo nie istnieje, pomijając sąsiada, z którym toczyłem wojnę podjazdową, którą wygrałem. Osoby starsze nigdy o nic się nie czepiają, zawsze się uśmiechną gdy mnie widzą. Pewnie w dużej mierze dlatego, że jestem tu od zawsze, jestem "swój". Gdyby było inaczej, to cholera wie co by było.
Niestety mam ten pech, że dość często jestem w Katowicach, w dzielnicach opanowanych przez starzejącą się część społeczeństwa. Na domiar złego teściowa moja kupiła mieszkanie na takim właśnie osiedlu, w blokach dawniej należących do PKP i większa częśc mieszkających tam ludzi to właśnie byli pracownicy kolei i ich rodziny. Skutkuje to przeświadczeniem, że wszystko należy do nich i nawet mieszkanie własnościowe, za które zapłaciłeś grubą kasę należy bardziej do nich, niż do Ciebie. Mam też ten pech, że nie potrafię obojętnie przejść wobec ludzkiej głupoty, przez co jestem ganiony przez resztę rodziny. No sorry, ale ja akurat bez powodu sobą pomiatać nie dam, a argument co do szacunku wobec starszych można sobie wiadomo gdzie wsadzić. Bo niby co? Mam znosić czyjeś bezsensowne uwagi i potakiwać mu tylko dlatego, że jest starszy? Ale ok, po kolei, każdy niech sobie sam oceni, poniżej parę przykładów.
- Parę lat temu, studiując jeszcze dziennie wraz z 3 innymi studentami wynajęliśmy stancję w Katowicach. Wszystko fajnie, gdyby nie sąsiedzi, zwłaszcza jedna sąsiadka. Na 4 osoby 3 były palące, by nie przeszkadzać tej jednej zazwyczaj paliliśmy na balkonie. Oczywiście mieliśmy studenckie popielniczki: słoiki, puszki po piwie i co tam jeszcze się napatoczyło. Pewnego dnia, a było to zimą (to istotne dla dalszego przebiegu wydarzeń ;)) sąsiadka z parteru (my mieszkaliśmy na 3 piętrze) zaczepiła mnie, gdy wracałem do domu:
- Wy nie palcie tych papierosów na balkonie?
- Ale co to pani właściwie przeszkadza - pytam grzecznie
- Bo wy rzucacie pety za okno i później tego leży pełno na trawniku.
- Ale my przecież nie wyrzucamy niczego przez balkon
- Wyrzucacie
- Nie wyrzucamy, wyglądała pani przez okno? Widziała tam jakieś pety?
UWAGA!
- Nie, bo jest śnieg. Jak stopnieje, to będzie widać.
No tak, jakie to oczywiste. Studenci przecież muszą wyrzucać pety i bałaganić. Nieważne, że nie ma się na to żadnych dowodów, nieważne, że nic nie widać. Jest śnieg, na pewno się wkrótce okaże, że śmiecą, a jak nie śmiecą, to zaczną, można więc przyczepić się na zapas. Pani tej też przeszkadzały rzekome głośne imprezy, znajomi, przepraszam - legiony znajomych, hałas i sam nie wiem co jeszcze. Przypominam, że mieszkała na parterze, a my na 3 piętrze. Dwóm rodzinom również na 3 piętrze mieszkającym jakoś nie sprawialiśmy problemów. Nikt nie wspominał nic o imprezach, hałasie. Schorowana starsza Pani drzwi obok bardzo nas nawet lubiła, bo czasami jej pomagaliśmy, czy to z zakupami, czy to z ustawieniem anteny, bo źle odbierał telewizor ;). Mówiła kilkukrotnie, że ona nie wie czego te baby od nas chcą. Ale baby wiedziały lepiej i dzielnie broniły swego, zapewne w trosce o schorowaną sąsiadkę mieszkającą drzwi w drzwi z grupą satanistów, której brakowało odwagi, by cokolwiek powiedzieć.
Idziemy dalej. Też dość dawno temu na poczcie. Stoję sobie z moją narzeczoną w przydługiej kolejce do okienka, przy stoliku obok siedzą dwie starsze kobiety i żywo dyskutują. W końcu dochodzimy do okienka. Pani siedząca przy stoliku jak się okazało miała w kolejce "zaklepane" miejsce przed nami. Dziwne to trochę czasami i niektórych irytuje, ale mi akurat nie przeszkadza. Tyle że pani nic nie powiedziała. Nie ruszyła się też z miejsca, gdy widziała, że już za chwilę będzie jej kolej. Nie zareagowała też, gdy narzeczona podchodziła do okienka. Za to gdy już zaczęła rozmawiać z urzędniczką, to reakcja była natychmiastowa.
- Ja tu miałam miejsce! Ja tu stałam! Ja miałam zajęte! Co za bezczelność!
Narzeczona zbita z tropu, a ja z sekundy na sekundę coraz bardziej wkurwiony. Ale stoi przy okienku i załatwia swoje, bo nie zamierza chamstwu ustępować. Co innego, gdyby grzecznie zwróciła uwagę, już nie wspominając, że mogła wcześniej poinformować o "rezerwacji". Ale nie, więc narzeczona załatwia swoje, a ta dalej coś o chamstwie, niewychowanej młodzieży, ignorancji starszych ludzi itp. Nie pamiętam co jej wtedy odpowiedziałem, ale jeśli dobrze pamiętam, to doprowadziłem ją do stanu okołozawałowego.
Teraz historia całkiem świeża. Na osiedlu w Katowicach, na którym dość często parkuję zazwyczaj brakuje wolnych miejsc parkingowych (też mi nowość). Ale jedno zwykle jest wolne, tylko trochę niefortunne, bo praktycznie w zakręcie i inne samochody stają ukośnie, przodem do chodnika, ja natomiast muszę zaparkować równolegle, częściowo na chodniku. Przed sobą mam inny samochód, za sobą obniżenie krawężnika, aby matki z wózkami i inwalidzi na wózkach mogli wjechać na chodnik, po prawej chodnik, na którym muszę zostawić miejsce dla pieszych, po lewej ulicę, na której musi zostać tyle miejsca, aby przejechały inne samochody. Na szczęście optymalne zaparkowanie nie stanowi większego problemu i wszyscy są zadowoleni. Błąd. Nie wszyscy. Staruszka podejrzliwie ogląda samochód, a ja już wzdycham, wiedząc co mnie czeka.
- Źle pan zaparkował, jest za mało miejsca na chodniku. - na chodniku regulaminowe 1,5 metra i jeszcze trochę, więc nie ma problemu.
- Proszę pani, przecież miejsce jest, każdy przejdzie bez problemu
Chwila zamysłu.
- Ale wózkiem nikt nie wjedzie, jak to tak.
- Ale proszę pani, wjedzie, sam mam małe dziecko i wiem, że trzeba uważać na ten podjazd, także spokojnie, widzi pani ile miejsca? - mówię siląc się na maksymalnie szczery uśmiech.
Konsternacja.
- Ale samochody nie przejadą...
W tym momencie przejeżdża jakiś samochód i mija nas bez zwalniania, kompletnie ignorując moje złe i zastawiające przejazd parkowanie.
Spojrzałem na panią z uśmiechem, ta coś pomruczała pod nosem o tej dzisiejszej młodzieży i braku szacunku dla innych i poszła. No tak, przecież skoro nie zastawiłem chodnika, to znaczy, że na pewno zastawiłem ulicę. Jakie to proste.
O starych, schorowanych staruszkach w autobusach, które dzielnie biegną i okładają wszystkich torebką, by bez słowa przeprosin zacząć drzeć się na kogoś, że to miejsce mu się należy nawet nie wspomnę, bo to klasyka i każdy to zna. Dodam tylko od siebie, że kobieta w zaawansowanej ciąży nie robi na nich wrażenia i żadna dupska nie ruszy. Zazwyczaj ustąpi miejsca jakiś student albo inna młoda osoba. Bo to nie jest tak, że studenci i młodzież mają staruszki w autobusach w dupie. Nie mają, ale doskonale też wiedzą, że wiele z nich może spokojnie postać, choćby w ramach kary za ich bezczelność. Gdy widzą NAPRAWDĘ schorowaną, zmęczoną osobę, to zazwyczaj znajdzie się ktoś, kto ustąpie miejsca, tak samo jak ciężarnej. Kiedyś w autobusie źle się poczułem. Zaczęło mi się robić słabo, gorącą, pociłem się i bladłem. Byłem ciekawym widowiskiem dla moherowego towarzystwa, niestety tylko widowiskiem. Ustąpiła miejsca, dała wody, otworzyła okno i pomogła mi dziewczyna w moim wieku.
Pytania? Sugestie?
Tagi: autobus, starość, kłótnia, konflikty
skomentuj (369)
Nie będzie to ani mądre, ani oryginalne, ani ironiczne, ani w ogóle w moim stylu. Będzie po prostu prymitywne, emocjonalne, głupie, infantylne i jakie tam jeszcze. Ale czasami tak mam, bo jestem tylko człowiekiem, nienajlepszym zresztą mimo wszystko. A chodzi o to, że ostatnio jakoś tak nie czuję się już kochany. Bo wszystko jest ważniejsze. Bo nawet głupi sms to już za dużo, mimo że wysyłasz ich tyle, tyle że nie do mnie. A może jak to ktoś przeczyta, to coś zrozumie. A może po prostu mi będzie lżej. Dobre i to. Ale szkoda by było, gdyby nas nie było, wiesz?
I miss you , I forgive you
I kiss you but you are not here
Heaven , lies over your
Lies lying over your
Heaven lies over your
Lies (back to start ???)
Guano Apes - Heaven
skomentuj (1)