Dlaczego ja już właściwie nikogo nie lubię, czyli errata 2009-10-14 00:48:26

Na początek chciałbym podziękować wszystkim za tak silny odzew (również tym nie sprzyjającym), nie przeczytałem jeszcze wszystkiego, bo zwyczajnie nie byłem w stanie, co do kilku wypowiedzi jednak się odniosę. Dziękuję także Panu Onetowi za reklamę, bo zawsze twierdziłem, że piszę dla ludzi, nie dla siebie.

W ramach sprostowania, bo nie każdy chyba zauważył: nie napisałem nigdzie, że młodzi ludzie są ok, ani że osoby starsze to demony. Napisałem za to, że pomagałem pewnej staruszce mieszkając na stancji, co chyba świadczy jednoznacznie o tym, że nie oceniam nikogo metrykalnie. Wiek nigdy niczego nie zmieni w mojej ocenie indywidualnej danego człowieka.

W ramach kontrastu: nie tak dawno, będąc na urlopie w miejscowości, której nazwy nie przytoczę, bo i tak nikt nie będzie wiedział gdzie to jest, tak czy inaczej taki mały koniec świata. Jadę starą, zniszczoną asfaltową drogą, a za mną, trzymając się maksymalnie blisko - stary Golf. Myślę sobie co on kombinuje, może chce wyprzedzać? Zaglądam w prawe lusterko - jadę prawie poboczem, po lewej ma miejsca dość, niech więc wyprzedza. Kombinował tak jeszcze parę kilometrów, w końcu wyprzedził. I zwalnia, aż się zatrzymuje. Myśle, już wkur... zdenerwowany o co chodzi. Okazało się, że nie trafiłem na najlepszego kierowcę we wsi. To był najlepszy kierowca w powiecie. Z towarzystwem. Jeden z towarzyszy otwiera drzwi i wychodzi, dzierżąc dzielnie piwo w dłoni, jak na towarzysza najlepszego kierowcy w powiecie - nie miał koszulki.

- Ty wieśniaku, jak kurwa jeździsz, chuju zajebany, naucz się kurwa jeździć pojebie...
Dalej nie słuchałem, uśmiechnąłem się złośliwie, wyminąłem najlepszego kierowcę w powiecie, najlepszy wóz w powiecie i pozostałych 3 kompanów i pojechałem dalej. Warto zauważyć tu cztery kwestie:
1. Zazwyczaj nie oceniam nikogo etnicznie ani geograficznie, ale słowa od mieszkańca małego końca świata, do człowieka w samochodzie na tablicach SK (Katowice) - bezcenne
2. Najlepszy kierowca w powiecie oraz towarzysze zachowali się nad wyraz dzielnie - mieli wszak przeciwko sobie mnie, moją narzeczoną oraz - o zgrozo! - moją 13-letnią siostrzenicę! To jednak nie zbiło ich z tropu, nie zabrakło im odwagi i mimo istniejącego zagrożenia - przeciwstawili się mi, wszak o porządek dbać trzeba.
3. Te osoby miały jakieś 20-25 lat.
4. Dlaczego do kurwy nędzy ja nie mam pozwolenia na broń? Albo wiatrówki chociaż?

Wspominałem też swego czasu o komórkowych zestawach Dolby Surround 18.1, z których zazwyczaj wydobywają się dźwięki jedynej, prawdziwej, hip-hopowej muzyki.

Także - nie jest tak, że kogokolwiek młodego gloryfikuję. Krytykuję tak samo, jak wszystkich innych, jednak temat skupiał się na jednym zagadnieniu. Nigdy wszystkich się nie uszczęśliwi. Jeżeli jednak uraziłem kogoś kto na to nie zasłużył, to przepraszam.

I gratuluję - przede wszystkim! - osobom w wieku gdzieś pomiędzy mocno średnim, a starczym, które stanęły po stronie ludzi młodych, a takich kilka się znalazło. Gratuluję szczerze, bo takich właśnie ludzi szanuję. Nie za to, że zgadzają się ze mną, a za to, że zapewne polubiłbym ich. Dla złośliwców - tak, pomimo ich wieku. Dla pozostałych, narzekających krótkie przesłanie: jak Wam się wydaje, te osoby stające po stronie młodzieży nie spotykają się z chamstwem z jej strony? Na pewno tak. Ale oni nie oceniają - tak jak Wy - po metryce. I wielu młodych także nie. Niestety te gorsze przypadki zawsze lepiej widać wszędzie i wpływają na wizerunek ogółu. Trudno.

Na koniec moje komentarze do komentarzy:

Nana
2009-10-13
19:20:56
Przeczytałam część wypowiedzi, bo wszystkich nie dałam rady, zresztą ton wypowiedzi jest powtarzalny - skargi na starych ludzi. A mnie się wydaje, ze oni są po prostu bardzo samotni i w ten sposób zwracają uwagę na siebie. Przecież ten co pisał pierwszy, stwierdził, ze w sprawie papierosów, nie czepiała się pani, z którą rozmawiali, pomagali. Samotność jest rzeczą straszną + do tego starość, niedołężność, bezsilność i często bieda.


Owszem, zgodzę się, ale nie taką drogą, prawda? Wiem, że wielu młodych zignoruje nawet miłe zaczepienie, inni złośliwie to później skomentują, wspomną coś o znudzonych starych babach i dziadach. Ja jednak taki nie jestem i nawet tak nie pomyślę. I zarazem nie jestem taki, by pozostać obojętny na chamstwo.

Max
2009-10-13
19:47:27
Wybacz, ale muszę ci to napisać.Jesteś chorym ze złości człowiekiem, z tego co napisałeś sączy się wiadrami jad, wyluzuj uśmiechnij się nie ściskaj tyłka tak mocno. życie przed tobą za kilka lat ędziesz wsoce wkurwiającym staruchem.


Nie, nie jestem chory ze złości ;). Wyrażam opinię i staram się być barwny w wypowiedzi ;). To że opisuję mniejsze i większe problemy nie znaczy, że spędzają mi one sen z powiek ;).

Najlepsze zostawiłem na koniec:
janno
2009-10-13
20:29:43
k.janno@gmail.com
Nie czytałem twojego bloga i nie zamierzam tego robić. Przeczytałem tylko ostatni post o ludziach starych. Sam jestem młody, ale żyję w otoczeniu ludzi starszych ode mnie i znacznie starszych. I tak sobie myślę, jakim to trzeba być pochlastem, żeby napisać coś tak kuriozalnego.Mam nadzieję, że to była prowokacja. Ale jeśli nie, to dobrze ci radzę. Śpiesz się umierać, bo szybko staniesz się starym pochlastem, a to może być straszniejsze, niż możesz sobie wyobrazić.


Nie, to nie była prowokacja, tylko opinia. Przykro mi że zawiodłem Twoje nadzieje, obiecuję, że następnym razem przyłożę się lepiej. Dziękuję za życzenia rychłej śmierci - to zapewne w ramach troski o to, bym się nie przemęczał. Mimo wszystko jednak mam tu jeszcze do załatwienia parę spraw: wiesz, pośmiać się ze staruszków, nasikać komuś na pomnik, zjeść kota. W wolnych chwilach pograć Ci na nerwach, wyrażam więc szczerą nadzieję, że mimo szumnej zapowiedzi wrócisz tutaj, by swoim komentarzem pokazać jak bardzo nie robi to wszystko na Tobie wrażenia. O, widzisz, prowokacja, już mam pomysł, zobacz, jak szybko się uczę, mimo bycia pochlastem. No to tak: kto uważa, że ten Pan to palant niech mu koniecznie napisze to na maila! Podał adres, jest w cytacie powyżej! No, to miłej lektury, mam nadzieję, że ktoś napisze.
A tak bardziej serio: wiesz, nie za bardzo życzę sobie, by ktoś oceniał mnie w ten sposób. Generalnie mógłbym odpłacić vice versa i też życzyć Ci śmierci, ale to nie w moim stylu ;). Pomęcz się jeszcze trochę ze sobą, będzie zabawniej ;).

Pozdrawiam wszystkich radiosłuchaczy i mam nadzieję, że kilku czytelników na stałe ze mną pozostanie. Bo naprawdę piszę dla ludzi i cieszę się, gdy ktoś to czyta ;). Dziękuję, pozdrawiam wszystkich ciepłych ludzi - młodych, w średnim wieku, starych i noworodków. Pozostali... no nie wiem, kupcie sobie psa, co? Albo autobus może...


skomentuj (4)

Dlaczego młodzi ludzie nie lubią starych ludzi. 2009-09-25 09:21:39

Natchnięty wpisem na jednym z blogów znalezionych w sieci postanowiłem napisać dlaczego młodzież nie lubi starych ludzi. Pominę tu fakt, że starsze osoby często mają wiele słusznych argumentów wobec młodzieży, bo to osobna historia. Chodzi mi o czepialstwo starszych, zasadniczo bez powodu (albo i z powodem, ale tylko w ich mniemaniu), byle tylko coś wymyślić, a takich jest niestety zbyt wielu. Mam to szczęście, że na osiedlu, na którym mieszkam ten problem zasadniczo nie istnieje, pomijając sąsiada, z którym toczyłem wojnę podjazdową, którą wygrałem. Osoby starsze nigdy o nic się nie czepiają, zawsze się uśmiechną gdy mnie widzą. Pewnie w dużej mierze dlatego, że jestem tu od zawsze, jestem "swój". Gdyby było inaczej, to cholera wie co by było.

Niestety mam ten pech, że dość często jestem w Katowicach, w dzielnicach opanowanych przez starzejącą się część społeczeństwa. Na domiar złego teściowa moja kupiła mieszkanie na takim właśnie osiedlu, w blokach dawniej należących do PKP i większa częśc mieszkających tam ludzi to właśnie byli pracownicy kolei i ich rodziny. Skutkuje to przeświadczeniem, że wszystko należy do nich i nawet mieszkanie własnościowe, za które zapłaciłeś grubą kasę należy bardziej do nich, niż do Ciebie. Mam też ten pech, że nie potrafię obojętnie przejść wobec ludzkiej głupoty, przez co jestem ganiony przez resztę rodziny. No sorry, ale ja akurat bez powodu sobą pomiatać nie dam, a argument co do szacunku wobec starszych można sobie wiadomo gdzie wsadzić. Bo niby co? Mam znosić czyjeś bezsensowne uwagi i potakiwać mu tylko dlatego, że jest starszy? Ale ok, po kolei, każdy niech sobie sam oceni, poniżej parę przykładów.

- Parę lat temu, studiując jeszcze dziennie wraz z 3 innymi studentami wynajęliśmy stancję w Katowicach. Wszystko fajnie, gdyby nie sąsiedzi, zwłaszcza jedna sąsiadka. Na 4 osoby 3 były palące, by nie przeszkadzać tej jednej zazwyczaj paliliśmy na balkonie. Oczywiście mieliśmy studenckie popielniczki: słoiki, puszki po piwie i co tam jeszcze się napatoczyło. Pewnego dnia, a było to zimą (to istotne dla dalszego przebiegu wydarzeń ;)) sąsiadka z parteru (my mieszkaliśmy na 3 piętrze) zaczepiła mnie, gdy wracałem do domu:
- Wy nie palcie tych papierosów na balkonie?
- Ale co to pani właściwie przeszkadza - pytam grzecznie
- Bo wy rzucacie pety za okno i później tego leży pełno na trawniku.
- Ale my przecież nie wyrzucamy niczego przez balkon
- Wyrzucacie
- Nie wyrzucamy, wyglądała pani przez okno? Widziała tam jakieś pety?
UWAGA!
- Nie, bo jest śnieg. Jak stopnieje, to będzie widać.
No tak, jakie to oczywiste. Studenci przecież muszą wyrzucać pety i bałaganić. Nieważne, że nie ma się na to żadnych dowodów, nieważne, że nic nie widać. Jest śnieg, na pewno się wkrótce okaże, że śmiecą, a jak nie śmiecą, to zaczną, można więc przyczepić się na zapas. Pani tej też przeszkadzały rzekome głośne imprezy, znajomi, przepraszam - legiony znajomych, hałas i sam nie wiem co jeszcze. Przypominam, że mieszkała na parterze, a my na 3 piętrze. Dwóm rodzinom również na 3 piętrze mieszkającym jakoś nie sprawialiśmy problemów. Nikt nie wspominał nic o imprezach, hałasie. Schorowana starsza Pani drzwi obok bardzo nas nawet lubiła, bo czasami jej pomagaliśmy, czy to z zakupami, czy to z ustawieniem anteny, bo źle odbierał telewizor ;). Mówiła kilkukrotnie, że ona nie wie czego te baby od nas chcą. Ale baby wiedziały lepiej i dzielnie broniły swego, zapewne w trosce o schorowaną sąsiadkę mieszkającą drzwi w drzwi z grupą satanistów, której brakowało odwagi, by cokolwiek powiedzieć.

Idziemy dalej. Też dość dawno temu na poczcie. Stoję sobie z moją narzeczoną w przydługiej kolejce do okienka, przy stoliku obok siedzą dwie starsze kobiety i żywo dyskutują. W końcu dochodzimy do okienka. Pani siedząca przy stoliku jak się okazało miała w kolejce "zaklepane" miejsce przed nami. Dziwne to trochę czasami i niektórych irytuje, ale mi akurat nie przeszkadza. Tyle że pani nic nie powiedziała. Nie ruszyła się też z miejsca, gdy widziała, że już za chwilę będzie jej kolej. Nie zareagowała też, gdy narzeczona podchodziła do okienka. Za to gdy już zaczęła rozmawiać z urzędniczką, to reakcja była natychmiastowa.
- Ja tu miałam miejsce! Ja tu stałam! Ja miałam zajęte! Co za bezczelność!
Narzeczona zbita z tropu, a ja z sekundy na sekundę coraz bardziej wkurwiony. Ale stoi przy okienku i załatwia swoje, bo nie zamierza chamstwu ustępować. Co innego, gdyby grzecznie zwróciła uwagę, już nie wspominając, że mogła wcześniej poinformować o "rezerwacji". Ale nie, więc narzeczona załatwia swoje, a ta dalej coś o chamstwie, niewychowanej młodzieży, ignorancji starszych ludzi itp. Nie pamiętam co jej wtedy odpowiedziałem, ale jeśli dobrze pamiętam, to doprowadziłem ją do stanu okołozawałowego.

Teraz historia całkiem świeża. Na osiedlu w Katowicach, na którym dość często parkuję zazwyczaj brakuje wolnych miejsc parkingowych (też mi nowość). Ale jedno zwykle jest wolne, tylko trochę niefortunne, bo praktycznie w zakręcie i inne samochody stają ukośnie, przodem do chodnika, ja natomiast muszę zaparkować równolegle, częściowo na chodniku. Przed sobą mam inny samochód, za sobą obniżenie krawężnika, aby matki z wózkami i inwalidzi na wózkach mogli wjechać na chodnik, po prawej chodnik, na którym muszę zostawić miejsce dla pieszych, po lewej ulicę, na której musi zostać tyle miejsca, aby przejechały inne samochody. Na szczęście optymalne zaparkowanie nie stanowi większego problemu i wszyscy są zadowoleni. Błąd. Nie wszyscy. Staruszka podejrzliwie ogląda samochód, a ja już wzdycham, wiedząc co mnie czeka.
- Źle pan zaparkował, jest za mało miejsca na chodniku. - na chodniku regulaminowe 1,5 metra i jeszcze trochę, więc nie ma problemu.
- Proszę pani, przecież miejsce jest, każdy przejdzie bez problemu
Chwila zamysłu.
- Ale wózkiem nikt nie wjedzie, jak to tak.
- Ale proszę pani, wjedzie, sam mam małe dziecko i wiem, że trzeba uważać na ten podjazd, także spokojnie, widzi pani ile miejsca? - mówię siląc się na maksymalnie szczery uśmiech.
Konsternacja.
- Ale samochody nie przejadą...
W tym momencie przejeżdża jakiś samochód i mija nas bez zwalniania, kompletnie ignorując moje złe i zastawiające przejazd parkowanie.
Spojrzałem na panią z uśmiechem, ta coś pomruczała pod nosem o tej dzisiejszej młodzieży i braku szacunku dla innych i poszła. No tak, przecież skoro nie zastawiłem chodnika, to znaczy, że na pewno zastawiłem ulicę. Jakie to proste.

  O starych, schorowanych staruszkach w autobusach, które dzielnie biegną i okładają wszystkich torebką, by bez słowa przeprosin zacząć drzeć się na kogoś, że to miejsce mu się należy nawet nie wspomnę, bo to klasyka i każdy to zna. Dodam tylko od siebie, że kobieta w zaawansowanej ciąży nie robi na nich wrażenia i żadna dupska nie ruszy. Zazwyczaj ustąpi miejsca jakiś student albo inna młoda osoba. Bo to nie jest tak, że studenci i młodzież mają staruszki w autobusach w dupie. Nie mają, ale doskonale też wiedzą, że wiele z nich może spokojnie postać, choćby w ramach kary za ich bezczelność. Gdy widzą NAPRAWDĘ schorowaną, zmęczoną osobę, to zazwyczaj znajdzie się ktoś, kto ustąpie miejsca, tak samo jak ciężarnej. Kiedyś w autobusie źle się poczułem. Zaczęło mi się robić słabo, gorącą, pociłem się i bladłem. Byłem ciekawym widowiskiem dla moherowego towarzystwa, niestety tylko widowiskiem. Ustąpiła miejsca, dała wody, otworzyła okno i pomogła mi dziewczyna w moim wieku.

Pytania? Sugestie?

skomentuj (368)

Świetnie 2009-09-21 01:56:10

Nie będzie to ani mądre, ani oryginalne, ani ironiczne, ani w ogóle w moim stylu. Będzie po prostu prymitywne, emocjonalne, głupie, infantylne i jakie tam jeszcze. Ale czasami tak mam, bo jestem tylko człowiekiem, nienajlepszym zresztą mimo wszystko. A chodzi o to, że ostatnio jakoś tak nie czuję się już kochany. Bo wszystko jest ważniejsze. Bo nawet głupi sms to już za dużo, mimo że wysyłasz ich tyle, tyle że nie do mnie. A może jak to ktoś przeczyta, to coś zrozumie. A może po prostu mi będzie lżej. Dobre i to. Ale szkoda by było, gdyby nas nie było, wiesz?

I miss you , I forgive you
I kiss you but you are not here


Heaven , lies over your
Lies lying over your
Heaven lies over your
Lies (back to start ???)

Guano Apes - Heaven

skomentuj (1)

Superniania i supertelewizornia 2009-05-21 23:48:53

Czasami oglądam sobie w TV „Supernianię”. Nie, nie dlatego, że zostałem ojcem i się chcę dokształcać, po prostu zanim w ogóle wiedziałem, że nim będę, to czasem oglądałem z ciekawości, bo ten program, jako jeden z niestety nielicznych oprósz funkcji rozrywkowej niesie też funkcję edukacyjną. Niestety tej drugiej ludzie w większości nie zauważają, bo chyba już odwykli od tego, że poza kretyńską pseudo-rozrywką telewizja może dawać coś jeszcze. Poza tym co wyżej, to przyczyny mamy jeszcze dwie: inteligencja ludzi, a raczej jej brak, z rodzicami włącznie oraz ludzka duma i głupota, która nie pozwala przyjąć do wiadomości, że kilkumiesięczne czy też 2-4 letnie dziecko reaguje w sposób zbliżony bardziej do zwierząt, aniżeli do człowieka. A jeśli ktoś nie wierzy, to niech spróbuje przetłumaczyć rodzicom jakiegoś półrocznego malucha, że to, że mały się śmieje, gdy do niego mówią, nie oznacza, że rozumie, a jedynie to, że reaguje na barwę głosu (to że słowa służą do komunikacji dziecko zauważa gdzieś między 9 a 13 miesiącem).Tak samo zresztą zachowują się papugi oraz psy, wystarczy spróbować mówić do takiego zwierzaka słodkim głosikiem „no chodź ty gnojku zasrany, to cię przerobię na kotlety i rzucę chińczykom na pożarcie”. Ucieszy się, gwarantuję, bo sprawdzałem. Niestety tak może jest w Ameryce, za to ich dzieci na pewno rozumieją.
Zasadniczo oglądając „Supernianię” co inteligentniejsi zauważą, że wszystkie jej działania i metody postępowania z maluchami sprowadzają się do oddziaływania na podstawowe instynkty człowieka oraz bardzo pierwotne i niskie zachowania. Te same, które działają zresztą na dorosłych. Jak zmusić dziecko, by przestało demolować dom? Po prostu zignorować je. Dlaczego? Bo sami nie lubimy, gdy się nas ignoruje. Takie proste, a jednak wcale niekoniecznie. Bo gdy podane na tacy, to oczywiste, ktoś był mądrzejszy, ktoś tak wymyślił, więc tak musi być. Gorzej jakby ludzie mieli dojść do tego sami. Mamy więc mamusie szarpiące dzieci na ulicy i krzyczące „zostaw, przestań, bo dostaniesz!”, mamy argumenty dla dzieci „bo tak” i „bo nie wolno” oraz moje ulubione bekanie. Bekanie sprawa świetna, kiedy dziecko jest małe, to po jedzeniu musi odbeknąć. Spora część rodziców pewnie nawet nie wie dlaczego, ale to inny temat. Tak więc dzieci są zachęcane do bekania, proszone, nakłaniane, a gdy już odbąknie, to dzieciak jest w centrum uwagi i fascynacji dorosłych, nikt nie oszczędza pochwał, normalnie wszyscy w niebo wzięci, a maluch na czele, bo oto perfekcyjnie coś wykonał i wszyscy są zadowoleni.
Ale oto – ni stąd, ni z owąd, a właściwie to całkiem znienacka – nadchodzi dzień, gdy już trochę większy maluch, by wprawić wszystkich w zachwyt i radość beka donośnie i słyszy „ty świnio, zachowuj się!”, „ile ty masz lat?!”, „co ty sobie wyobrażasz?!” i tak dalej. No i kto wytłumaczy biednemu dziecku, że to co było elo już jest nie-elo? Nikt, przecież powinno samo się domyślić. W końcu chodzi już w tym wieku na aerobik na suficie, feng-shui na ścianie, kurs czeskiego na Madagaskarze i kurs lotów szybowcem na podłodze, a tam chyba uczą takich rzeczy.
Tak wychowuję sobie to dziecko i wychowuję i nie chcę krakać, ale nadal nie mogę się doczekać, aż ojcostwo zacznie mnie przerastać, a z tego co mi wiadomo, to już dawno powinno. Cóż, diablo inteligentny jestem chyba i nie taki debil, jak to jest powszechnie już wiadome, albo to społeczeństwo wyjątkowo nie-teges-majonez.
Jak mawiał Obelix: „Ale głupi ci Rzymianie.”
Kocham moje Słonka. Te mniejsze i te większe. A najlepiej jak nie marudzą i śpią. I jeść nie wołają. Tak, to duże też woła, bo supertata na swoje nieszczęście umie gotować. Oby małe się szybko nauczyło.

skomentuj (2)

2+1? 2009-04-21 00:30:05

Dzisiaj trochę ponudzę i pomoralizuję, mianowicie chciałbym ustosunkować się do treści pewnego artykułu, polecam lekturę przed przejściem dalej, bo bez tego czytanie moich wypocin nie ma większego sensu:

LINK do artykułu

Zacznę może tak dość logicznie, bo od zajęcia stanowiska: we łbie mi się nie mieści sytuacja opisana przez autora (bo jak wiadomo - jestem tępy). Jasne, model 2+1 w sytuacji dwie kobiety i jeden facet nawet by mi się podobał, gdybym miał z nimi obiema uprawiać seks, gdyby moja kobieta miała tylko patrzeć, jak kocham się z inną... no powiedzmy, że ok, choć sam nie wiem. Ale sprawiedliwość powinna działać w obie strony, a wersja przedstawiona w artykule kompletnie mi nie pasuje. Dlaczego?

Na początek może lżejsze tematy i rozważania.
Jak już kilkakrotnie pisałem: uważam, że człowiek nie został stworzony do monogamii. Nie tępię też kategorycznie zdrady, choć sam nie chciałbym zostać zdradzony (a skądinąd wiem też, że to cholernie boli). Ale podejście zaprezentowane w artykule to dla mnie tchórzostwo mężczyzn, brak jakichś cech charakteru czy też zwyczajny brak charakteru w ogóle. Mężczyzna, będący z natury "zdobywcą", uwielbia wręcz słowa "moje", "zdobyte", "posiadane". Godzenie się na taki układ jest więc w pewnym sensie sprzeczne z naturą, a w przypadku gdy inicjatywa udziału w takim czymś wychodzi od kobiety, to zwyczajne tchórzostwo ze strony mężczyzny. Świetnie to widać na poniższym przykładzie:

"Często zdrady kontrolowanej nie planuje ani mężczyzna, ani kobieta. "To" dzieje się samo. I na początku wcale nie jest kontrolowane. Forum rogacz.net.pl pełne jest opowieści mężczyzn, którzy przyłapali swoje partnerki na zdradzie. Na początku reagują klasycznie: ból, zazdrość, nienawiść, upokorzenie. Po chwili pojawia się jednak uczucie bardzo silnego podniecenia. Wyobrażenie lub wspomnienie widoku żony w objęciach innego staje się potężnym afrodyzjakiem. Mąż nie tylko nie żąda rozwodu, ale w łóżku rzuca się na żonę jak oszalały. Małżeński seks nabiera rumieńców, a mąż oświadcza zaskoczonej małżonce, że może kochać się do woli z innymi mężczyznami, byle tylko o wszystkim wiedział."

Ja tu widzę tylko tchórzostwo i pogodzenie się z losem. Skoro już mnie zdradziła, a ja nie mam jaj ani odwagi, by powiedzieć co o tym myślę, bądź też nie mam odwagi, by odejść, to znajdę w tym pozytywne strony. Immunologiczna reakcja mózgu. Człowiek potrafi wmówić sobie wiele rzeczy, jak widac również to, że lubimy, gdy ktoś - za przeproszeniem - pieprzy naszą kobietę. Nie mam żadnej pewności, czy taki mężczyzna na słowa "odchodzę do kochanka, to koniec" byłby w stanie zareagować inaczej, niż pokiwać głową z aprobatą. A już na pewno nie mam pewności, czy jakikolwiek sąd uznałby jego ewentualne roszczenia. Zrozumienie i tolerancja to jedno. Ale takie przyzwolenie w kobiecej podświadomości może budować coś jeszcze: poczucie bezkarności bądź też podejrzewanie partnera o obojętność na jej poczynania.

Powtórzę się: człowiek nie jest stworzony do monogamii. Ale po to właśnie tworzymy monogamiczne związki, by - pomimo tego - udowodnić, że kochamy kogoś na tyle, by oprzeć się pokusie. I sam też nie jestem tu niestety ideałem i wzorem do naśladowania, ale mam też świadomość własnych błędów czy też prób usprawiedliwienia siebie i nie twierdzę wprost, że moje poczynania zawsze były fajne i OK. Reakcje kobiet z artykułu idealnie wpasowują się do mojej tezy: najpierw mózg reaguje obronnie: Co?! Ja nie jestem szmatą, za kogo ty mnie masz?! Kocham ciebie! Ale w ostatecznym rozrachunku i bilansie zysków i strat wygrywa ta cała "zdrada kontrolowana" - wszak mogą to robić gdzie chcą i z kim chcą, przy pełnym przyzwoleniu. Czy tacy ludzie na pewno tworzą udany i oparty na zaufaniu związek? Czy skoro eliminujemy jeden z głównych filarów związku (wierność) i sprawiamy, że nie trzeba sobie na tym polu ufać, to stawia nas to w lepszej sytuacji?

Idźmy dalej: zjawisko które sam ładnie i poetycko nazwałem "instynktem dziwki". Cytat:

"Marek i Leo nie fantazjowali jednak o innych kobietach w swojej sypialni. – Nie zastanawiałem się nigdy, dlaczego tak jest. Zawsze podniecała mnie myśl o Kasi kochającej się z innym facetem. Gdy w końcu udało mi się ją namówić, wiedziałem, że o to właśnie chodziło. Już podczas drugiego spotkania robiła z kochankiem rzeczy, na które ze mną nigdy się nie zdecydowała."

Jako "rzeczy na które nigdy ze mną by się nie zdecydowała" możemy w zasadzie wstawić cokolwiek: seks oralny, analny, wibratory, pejcze, kajdanki czy też bezeceńską pozycję klasyczną. Załóżmy sytuację, że ja, jako partner w związku bardzo nalegam na spełnienie jakiejś mojej fantazji, ale moja partnerka nie chce się na to zgodzić, zapiera się rękami i nogami i tak od wielu lat. Szukam, kombinuję, ale w końcu, po wielu latach, daję sobie spokój ze wszelkimi podchodami, przykładami, argumentami itd. Chowam swoje seksualne ambicje do kieszeni i kocham się z nią "po jej myśli", ciągle gdzieś tam w zakamarkach umysłu i z ręką w spodniach fantazjując o tym, jakby było wspaniale, gdyby się zgodziła. Ona stawia kontrargumenty, że nie lubi, brzydzi się, ma opór psychiczny, nie jest dziwką. Staram się to zrozumieć i uszanować, w końcu nic na siłę, a to przecież jej ciało i jej wybór, zmuszenie jej do czegokolwiek wbrew jej woli można spokojnie porównać do gwałtu, a tego przecież kobiecie, którą się kocha, się nie robi. I tu nagle jakiś palant przy drugim numerku i bez specjalnego zaangażowania ani wysiłku osiąga to o co ja walczyłem przez lata. Gdy piszę te słowa, to na samą myśl o tym powoli podnosi mi się ciśnienie i coś się we mnie gotuje. No bo jak, dlaczego? I to właśnie nazywam "instynktem dziwki": nie, nie połknę, nie jestem dziwką. Nie wsadzisz mi w tyłek, bo się brzydzę i nie chcę tego. Nie skrępujesz mnie, bo nie jestem twoją niewolnicą. Nie będziesz mnie bił, bo nie lubię przemocy. Ale gdy ta sama kobieta znajduje się już w sytuacji, gdy - w pewnym sensie - zostaje postawiona w położeniu wspomnianej dziwki - hamulce znikają. Na zasadzie: skoro już i tak mną sponiewiera, to co mi tam, połknę i się później uśmiechnę, wsadzi mi w tyłek a ja jęknę z podniecenia i z bólu (ach, jak to kręci!), niech mnie zwiąże i zerżnie, niech mnie bije, w końcu jestem tylko szmatą. Urocze.

Czy nie wydaje się to trochę naiwne wobec samej siebie? Czy taka kobieta nie ma poczucia winy, że dała pomiatać sobą jakiemuś przybłędzie, podczas gdy jej podobno ukochany facet próbował to osiągnąć przez wiele lat i ciągle się wykręcała? Jeśli nie ma poczucia winy, to współczuję. I panom też, że mają takie kobiety. A w ogóle, to w dupie miałbym poczucie winy, bo sam fakt wystarcza: mogła, ale nie chciała, choć wiedziała, że mi zależy. Późniejsze przeprosiny i poczucie winy to coś na zasadzie: ojej, zabiłem ci mamę, przykro mi. No sorry, u mnie by to nie przeszło, posłałbym moją "ukochaną" w cholerę.

Teraz nieco cięższe, mniej zabawne i bardziej hipotetyczne tematy:
Posłużę się tu może cytatami z komentarzy pod artykułem, które chyba najkrócej i najtrafniej prezentują moje przemyślenia:

Dla większej fantazji powinni brac do łóżka kozę.To dopiero... partnerka seksualna. ~INCOGUTO

Uprawiajcie sex ze zwłokami znajomych, dziećmi, pozamałżeński i gwałćcie się sami, masturbujcie się i kochajcie we czwórki, piątki, dziesiątki, bawcie się ciałem póki je macie bawcie się bo życie jest krótkie :) :) nie umrzecie śmierci nie ma jesteśmy nieśmiertelni ~Szatanka ]:)

a co jesli zajdzie w ciaze z tym 2???? ~konserwatystka

kobieto! slyszalas kiedys o aborcji?? panie bozku jakie to niewyuczone ~Adam23L


No właśnie. Może tego typu wnioski i skojarzenia są nieco daleko idące i średnio związane z treścią samego artykułu, jednak mi też takie myśli się nasunęły. Są pewne granice. Jasne, w opisanym w artykule przykładzie ludzie nie robią krzywdy nikomu, poza ewentualnie nimi samymi, ale mamy już homoseksualne małżeństwa, mamy przyzwolenia na róźne formy zdrady, mamy przyzwolenia na seks grupowy, mamy przyzwolenie na aborcję... to duża ilość różnych, obszernych tematów, bardziej lub mniej ze sobą powiązanych, niektóre z przytoczonych przykładów mi nie przeszkadzają, inne owszem, ale zastanówmy się: skoro mamy coraz większe przyzwolenie na aborcję, to jak daleko jesteśmy od uznania tego za zwyczajną antykoncepcję? Antykoncepcja w tym przypadku to akurat złe słowo, bo jak samo ono wskazuje - służy ona do zapobiegania zajściu w ciążę, a nie usuwaniu jej, ale chodzi mi tu o antykoncepcję w kontekście - nazwijmy to - znaczenia kulturowego, czyli kiedy aborcja stanie się tak powszechnym sposobem zapobiegania urodzeniu niechcianego potomstwa, jak tabletka antykoncepcyjna, prezerwatywa czy tabletki "po". Co do samych tabletek "po" nic nie mam. Można polemizować, czy to już aborcja, czy też nie, jedno jest pewne: gdy np. prezerwatywa zawiedzie, to jest to deska ratunku dla pary, która niekoniecznie chce mieć potomstwo, a w seksie zachowywała się odpowiedzialnie i nie była lekkomyślna. Niestety faktem jest też, że tabletka "po" stawiana jest przez niektórych na równi ze zwykłą metodą antykoncepcji. Bo po tabletkach się tyje, w gumkach nie lubię, a inne metody są nieskuteczne. Ile dzieli nas od zabawy nienarodzonym życiem w ramach spełniania własnych fantazji - a właściwie to dewiacji - seksualnych? A może jeszcze dalej: świadomy seks bez zabezpieczenia, a później aborcja, bo oboje partnerów to kręci? A jak daleko jesteśmy od stwierdzenia, że zwierzęta nie myślą, nie mają duszy, są tylko narzędziami w naszych rękach, a skoro tak, to dlaczego nie możemy ich wykorzystać w łóżku? Może to daleko idące, ale komu przy zdrowych zmysłach, sto lat temu, przyszło do głowy, że nienarodzone życie możemy tak po prostu zlikwidować, bo tak jest nam wygodniej? Ach, niech żyje postęp. C'est la vie!

 

Zawarte w treści artykułu cytaty pochodzą z portalu onet.pl i są jego własnością. Cytowane komentarze użytkowników pochodzą z forum portalu onet.pl i są prywatnymi opiniami użytkowników. Dalsze kopiowanie treści artykułu w całości lub fragmentach bez zgody autora oraz portalu onet.pl jest zabronione.

skomentuj (20)

Hurra, hurra, straż pożarnicza! 2009-02-23 21:42:31

Z najświeższych doświadczeń zeszłego tygodnia: do wyciągnięcia z rowu 2-tonowego Opla Vectry Kombi potrzebna jest pomoc Straży Pożarnej. Jak to dobrze mieć rodzinę w instytucjach, ciekawe co na moim miejscu zrobiłby inny śmiertelnik. Ale obyło się bez tragedii, wszystko jest całe poza lekko nadszarpniętym mocowaniem tłumika i lekko obolałą klatką piersiową (zapinajcie ludzie pasy, aż głupio pomyśleć, że w sumie niegroźne zdarzenie nie zasługujące nawet na miano wypadku mogłoby się skończyć rozwaloną głową).

Z innych nowin: Adrael posiada: sumienie, uczucia, tęskni, współczuje, przywiązuje się do ludzi. Jeżeli myślisz w tym momencie o konsultacji okulistycznej, to zapewniam Cię, że to jest napisane naprawdę i nie jest ona konieczna. OK, do posiadania uczuć już się przyznawałem, ale nie zdarza mi się to często. Generalnie jednak nastrój ostatnich dni i przeróżnych przemyśleń skłania mnie do stwierdzenia, że jednak rodzina - jaka by nie była - jest najważniejsza i trzeba mieć jaja i utrzymać to w kupie. Skąd ta myśl? A znienacka. Po prostu snując obserwacje i przemyślenia nawet taki człowiek jak ja potrafi dojść do popularnonaukowych wniosków zgodnych z powszechnie przyjętymi trendami.

Ostatnio wspominałem, że chujowo jest. I owszem, jest nadal, ale ta rodzina właśnie jest motorem napędzającym do życia. No i te parę osób, które zapewne nawet o tym nie wiedzą. Ale i tak Wam dziękuję.

A propo ludzi: pomimo całego syfu związanego z raz bardziej, a innym razem mniej lubianą pracą, to po raz pierwszy tak świetnie bawiłem się z ludźmi, których przecież na co dzień w większości znam tylko na gruncie zawodowym. I pierwszy też raz znajomości te przenoszą się do mojego hermetycznie bronionego życia prywatnego. Za to i Wam dziękuję, bo warto było Was poznać. I tak prawie nikt z Was tego nie przeczyta, ale to nie o to chodzi. Mam tylko nadzieję, że znajomości te nie skończą się w momencie, gdy przestaniemy przesiadywać we wspólnych biurach. Rzadko przywiązuję się do ludzi. Tym gorzej dla mnie, że tym razem tak się stało.

No ale tempus fugit, panta rhei i tak dalej. Trzeba więc jakoś zadbać, żeby płynęło to z prądem, nie pod prąd. Zwłaszcza, że prąd kopie.

Tak mi się przypomniała pewna sentencja:
Marzysz? To dobrze, bo to takie pełne naiwności i wiary.
Warto więc chyba marzyć.

skomentuj (3)

Nie lubię 2009-02-19 19:53:46

Nie lubię gdy mi mówią po imieniu
Gdy w zdaniu jest co drugie słowo - brat
Nie lubię gdy mnie klepią po ramieniu
Z uśmiechem wykrzykując - kopę lat!
Nie lubię gdy czytają moje listy
Przez ramię odczytując treść ich kart
Nie lubię tych co myślą, że na wszystko
Najlepszy jest cios w pochylony kark

Nie znoszę gdy do czegoś ktoś mnie zmusza
Nie znoszę gdy na litość brać mnie chce
Nie znoszę gdy z butami lezą w duszę
Tym bardziej gdy mi napluć w nią starają się
Nie znoszę much co żywią się krwią świeżą
Nie znoszę psów co szarpią mięsa strzęp
Nie znoszę tych co tępo w siebie wierzą
Gdy nawet już ich dławi własny pęd!

Nie cierpię poczucia bezradności
Z jakim zaszczute zwierzę patrzy w lufy strzelb
Nie cierpię zbiegów złych okoliczności
Co pojawiają się gdy ktoś osiąga cel
Nie cierpię więc nie wyjaśnionych przyczyn
Nie cierpię niepowetowanych strat
Nie cierpię liczyć nie spełnionych życzeń
Nim mi ostatnie uprzejmy spełni kat

Ja nienawidzę gdy przerwie mi rozmowę
W słuchawce suchy metaliczny szczęk
Ja nienawidzę strzałów w tył głowy
Do salw w powietrze czuję tylko wstręt
Ja nienawidzę siebie kiedy tchórzę
Gdy wytłumaczeń dla łajdactw szukam swych
Kiedy uśmiecham się do tych którym służę
Choć z całej duszy nienawidzę ich!

 

I tyle. Jednym słowem: chujowo.

skomentuj (1)

O poprzednim wpisie, zdradach męskich i zdradach żeńskich. 2009-02-11 22:46:22

Na wstępie chciałbym podziękować wszystkim za komentarze do poprzedniego wpisu, w szczególności tym, którzy uświadomili mnie, że to co tam napisałem jest kompletnie bez sensu, a ja marnuję na to swój czas. Dziękuję za to tym dobrodziejom, to miło, że ktoś o mnie się troszczy, jednak marnuję w ten sposób tylko czas mój własny, którego to rozdysponowanie zależy tylko ode mnie. Czytać nikt nie każe i przykro mi, że tematy poruszane przeze mnie nie są dostatecznie głębokie. Następnym razem stworzę wpis o głębokości głębokiej głębi, będącej esencją nieskończoności, dzięki której lektura staje się wartościowa.

Pozostałym dziękuję bez ironii. Dziękuję także jakiemuś sprytnemu adminowi, który mnie wypromował, co prawda ostatnimi czasy o wiele modniejsze od radości jest narzekanie jak to z mojego prywatnego pamiętniczka ktoś zrobił papkę dla mas, przez co zatracona została intymność moich wyznań, jednak ja dla odmiany postanowiłem się cieszyć. Może nie zawsze, ale zazwyczaj starałem się pisać dla innych, bo tylko taka forma jakiegokolwiek pisarstwa ma sens. Pisanie dla siebie nigdy sensu nie miało i mieć nie będzie. Obojętne jest tutaj czy mówimy o blogu, felietonie, recenzji czy książce.

Niesiony falą popularności postanowiłem szybko zamieścić kolejny wpis i przy okazji na powrót umieścić w danych kontaktowych mój nr gg. Dlaczego? Bo lubię rozmowy z ludźmi, do pewnej granicy tolerancji lubię też popularność. Tak, lubię i wiem, że to niemodne. Na topie jest teraz skromność. Ale skromne szpanowanie klatą, koszulką, sygnetem, adidaskami, wszystko po cichu i tak by nikt nie zauważył jest nie dla mnie. Ja jestem bezczelnie nieskromny. Co gorsza przyznaję się do tego, zamiast skromnie okazywać swoją indywidualność wizualnie, tak by każdy zobaczył jak bardzo staram się pozostać niezauważony ;).

Tak więc gg rozdane. Skargi, wnioski, petycje, propozycje, sugestie, uwagi, komentarze, dwuznaczne propozycje i przeszkadzanie w pracy mile widziane ;)

Odnosząc się do niektórych komentarzy, jakoby mężczyźni powinni sikać na siedząco, już mówię: bzdura. Nie przeczę słuszności argumentu, że dzięki temu "mniej bakterii roznosi się, się roznosi", ale jest to dla mnie tak logiczne, jak nie przestawianie fotela w samochodzie, który wcześniej prowadziła kobieta. Wiadomo, kobieta z natury trochę niższa, więc i nogi ma krótsze. Toteż fotel zawsze musi przysunąć. Idąc tokiem rozumowania siedzących nie powinienem fotela ponownie odsuwać, gdyż skoro kobieta tak siedzi, to ja też powinienem. Poza tym prowadnice fotela się zużywają. Aha, lusterek też lepiej nie ruszać. Wiadomo, też się zużywają, no i skoro ona tak jeździ, to i ja mogę. W ogóle to ja przecież mogę się wykastrować (łatwiej coś usunąć, niż zamontować) i problem zniknie automagicznie.


Przechodząc do nowego tematu, czyli zdrad męskich i zdrad żeńskich na początek ustalmy coś: człowiek nie został stworzony do monogamii. Monogamia jest wymysłem kultury i religii, do której możemy się dostosować albo i nie. Owszem, można twierdzić, że monogamia, to test miłości, wierności i wytrzymałości, ale ma to taki sens, jak odmawianie sobie pożywienia i wody. Mężczyźni mają wysokie libido, kobiety natomiast mają zazwyczaj ochotę bardziej od święta, ale za to mogą dłużej i więcej (wiadomo, że w obu przypadkach od reguły zawsze są wyjątki). Z tego co mi zresztą wiadomo, to religia katolicka u swych podstaw wcale nie nakazuje monogamii w tak jasny i precyzjny sposób, w jaki przedstawia nam to dzisiaj kościół.

Odbiegając na chwilę od meritum i przytaczając jeden z licznych przykładów, to Bóg wcale nie kazał "nie zabijać" tylko "nie mordować", a to różnica. Tłumaczę natomiast zrobili tak jak było im wygodniej, a kościół idąc za tym zapomniał zupełnie o słowach tego samego Boga: "jeżeli napotkasz mordercę, to zabierz go choćby sprzed mojego ołtarza i zabij go". Ale jak wiadomo: jeżeli fakty nie pasują do z góry założonej tezy, to tym gorzej dla faktów. To samo mamy w przypadku monogamii, antykoncepcji, aborcji i całej reszty.

Nie chcę się tutaj podejmować moralnej oceny czy zdrada jest dobra czy też zła. To indywidualna sprawa każdego, a moje osobiste spojrzenie na ten temat jest bardzo grzeszne, niekatolickie, niemoralne i nie pasuje do schematu idealnej polskiej rodziny, w której to wszyscy chleją wódę, leją się po mordach, chodzą do kościoła księży wyzywając od faszystów, ale są za to sobie wierni i bardzo się kochają. Ja prędzej pójdę na dziwki albo zaliczę jakiś numer na boku, niż uderzę własną kobietę, albo dziecko. Ech, jestem taki staroświecki.

Szowinistycznie twierdzę, że mężczyzna ma większe prawo do zdrady, niż kobieta. Dlaczego? Bo oprócz wierności fizycznej istnieje jeszcze wierność psychiczna. I tutaj zaczynają się schody.

Mężczyzna jako zwierzę o z reguły większym libido ma dość często ochotę na zdradę, pozostaje tu tylko do ustalenia, czy przyznaje się do tego przed sobą samym. I do zdrady nie musi on wcale nie kochać partnerki, bądź też owa partnerka wcale nie musi być kiepska w łóżku. Facet w takim przypadku ma ochotę na seks i tylko na seks. Jak kto woli: pieprzenie. Następnego dnia może przejść obojętnie obok kobiety, którą zdradził i nigdy więcej się do niej nie odezwać, a nawet w razie regularnych stosunków nigdy nie przejdzie mu przez głowę myśl "kocham ją", jeżeli oczywiście z "oficjalną" partnerką jest mu dobrze. Koniec.

U kobiet wygląda to "nieco" inaczej. Kobieta zazwyczaj patrzy na charakter, barwę głosu, psychikę, podejście, spojrzenie, zapach, nastrój, charakter i świeżość skarpetek. To co mówi, jak mówi i czy przy mówieniu nie drga mu nerwowo lewy policzek powyżej kącika ust. Czasami zdradzi spontanicznie i zaobserwuje to wszystko po fakcie. A później zaczyna się analiza sytuacji: a jeśli ja go kocham? Albo jego nie kocham, ale swojego partnera też nie? A jeśli ten jest lepszy? A jeśli zdradziłam przez partnera, bo on mnie nie kocha i już mi nie wystarcza? A czy to ma sens? A czy z tym nie będzie lepiej? A jeśli ładniej pachnie? A jeśli nie chrapie? Albo chrapie ciszej. Albo bardziej melodyjnie. Albo jest kryptogejem, to takie słodkie. A nawet jeśli nie jest, to może kiedyś będzie. To tak tajemniczo brzmi: kryptogej. Mój kryptogej. Kocham go. Ja nie kocham tamtego. Zdradziłam go, więc to oczywiste, że on mnie nie kocha. odchodzę.

Czy jakoś tak. Jak zwykle skłonny byłem do przesady, ale kto miał zrozumieć, to zrozumie, albo chociaż się zastanowi, kto ma się oburzyć i tak powie o tym księdzu. Generalnie chodzi o to, że mężczyzna potrafi angażować się seksualnie, bez jednoczesnego silnego zaangażowania emocjonalnego. I o to tutaj chodzi i dlatego właśnie uważam, że jeżeli mamy mówić o zdradzie w stałym związku, to facet ma do tego większe prawo. Kobieta też może i owszem, ale niech później nie ma do siebie pretensji, że chyba kocha kogoś innego. I niech do jasnej cholery nie zostawia gościa samego sobie, zwalając winę na niego, na to, że już nie przynosi kwiatów, czekoladek i wiśniowego żelu nawilżającego. Mężczyzna zdradzi, ale nadal będzie kochał, jeśli zacznie coś czuć do innej, to zwyzywa się od idiotów, da sobie w ryj i jeśli mu zależy, to nie opuści. Nie będzie dla niego "bo to ona już mnie nie kocha". Będzie tylko "bo jestem idiotą".

A co, jeśli ta, z którą zdradził mężczyzna coś do niego poczuje? No cóż, przede wszystkim powinna wiedzieć w co wchodzi. Jeśli wie i nadal się zgadza, to już jej problem.

Wiem, że to co napisałem dość mocno zalatuje szowinizmem i jawną niesprawiedliwością i że zaraz wielu może się oburzyć. Ale to moje zdanie, nikomu nie każę się z nim zgadzać, tak jak nikomu nie każę iść ze mną do łóżka, ani też mieć ze mną dzieci. Polemika mile widziana, byle bez kurestw ;).

Autor nie bierze tej wiedzy ot tak sobie, bo tak mu pasuje i tak mu wygodnie. Sam zdradzałem i byłem zdradzany. Nie jedną/przez jedną, wiem co myślałem przed, w trakcie i po, po czasie dowiedziałem się też co myślały zdradzające, zdradzone i te z którymi zdradziłem. Fakty pasują to tezy. A jeśli teza przestanie pasować do faktów, to ją zmienię.

skomentuj (9)

Problem deski klozetowej 2009-02-10 16:50:33

Dziś chciałbym poruszyć temat, który może wzbudzać kontrowersje pośród wielu z moich czytelników, jest to jednak temat dość ważny, dlatego tez nie należy przed nim uciekać, trzeba stawić czoło problemowi, trzeba wyjść przed szereg i nazwać rzeczy po imieniu, bez półsłówek, bez niedomówień, ale jasno i wprost, tak jak nakazuje nam to sytuacja.

Mówię tutaj oczywiście o problemie podniesionej deski klozetowej, który to irytuje znaczną część kobiet, niemniej - ma on destrukcyjny wpływ na psychikę również mężczyzn.

Zacznijmy jednak od definicji i usystematyzowania pewnych faktów: mówiąc "deska" mam tu na myśli element konstrukcyjny sedesu o elipsoidalnym kształcie i takim też samym wycięciu w wewnętrznej jego części, to ten element, na którym siadamy, gdy tylko wymaga tego sytuacja. Poprzez "klapa" rozumie się wypełniony wewnętrznie element, również o elipsoidalnym kształcie i obwodzie nieco mniejszym od deski, który to opada na deskę, w celu całkowitego przysłonięcia wyciętego w niej otworu. Wiem, ze to proste, ale jednak dla niektórych jednostek mogło się to wydać nazbyt skomplikowane, więc postanowiłem rozwiać ewentualne wątpliwości. A teraz przejdźmy do meritum.

Mamy cztery główne możliwości wykorzystania sedesu. Dwie pierwsze członkowie obu płci pełnią w dość podobnym rytmie tygodniowym i z podobną częstotliwością. Trzecia zależy głównie od częstotliwości imprez w domu, w którym znajduje się sedes i ilości spożytego alkoholu, czwarta natomiast może zależeć od ilości alkoholu, jednak nie jest to element konieczny, istotniejszym jest tu ilość osób przebywających w domu o przeciwnej płci, przy założeniu, że mamy do czynienia ze środowiskiem heteroseksualnym, zróżnicowania wiekowego, wzajemnych relacji psychospołecznych, poziomu libido oraz skłonności do wprowadzania urozmaiceń w procesie aktu seksualnego. Warto zauważyć, że ta ostatnia czynność z reguły odbywa się przy zamkniętej klapie i stanowi tutaj wyjątek od trzech uprzednich przypadków, w dzisiejszej analizie zajmiemy się jednak tylko dwoma pierwszymi sytuacjami.

Przy oddawaniu płynów z organizmu mężczyzna korzysta z sedesu przy podniesionej zarówno klapie jak i desce, podczas gdy kobiety w tym jak i w drugim przypadku stosują strategię opuszczonej deski. I tu właśnie pojawia się konflikt interesów.

Nie przeprowadzono szczegółowych badań statystycznych, jaki odsetek osobników płci żeńskiej gatunku homo sapiens stawia wymóg przedstawicielom płci męskiej każdorazowego opuszczania deski po dokonaniu oddania płynów, jednak moje subiektywne odczucia wskazują, że jest to odsetek oscylujący pomiędzy 15 a 45 procent populacji naszego kraju. Problem polega na tym, że mężczyźni - jako istoty myślące przyczynowo-skutkowo i poszukujące celowości w wykonywanych przez nich czynnościach - nie widzą najmniejszego sensu tego zabiegu. Bo skoro oni każdorazowo wizytując ubikację, w której wcześniej przebywała kobieta, muszą podnieść deskę, to nie widzą też problemu w tym, aby kobiety ją opuszczały. Dla kobiet wydaje się to jednak problem nie do przejścia i wymagają wspomnianego już opuszczania deski, nie przedstawiając w tym miejscu żadnych argumentów merytorycznych, opierając się na argumencie głównym ich istnienia na tym świecie, ich postępowania i wszystkich pozostałych zachowań psychospołecznych, mówimy tutaj o argumencie "bo tak". Istnieje hipoteza, że kobietom chodzi tutaj o zminimalizowanie kontaktu fizycznego z elementami konstrukcyjnymi sedesu ze względu na dużą ilość znajdujących się na nich drobnoustrojów i zrzucenia tego obowiązku na mężczyzn, którzy muszą tym samym wchodzić w kontakt fizyczny z sedesem dwukrotnie częściej. Warto tutaj zauważyć, że w opisanej sytuacji nie pojawia się problem podniesionej klapy (ten także istnieje, nie jest jednak przedmiotem badań, gdyż ze względu na oczywistą słuszność argumentu, że podniesiona klapa jest przyczyna wydobywania się z sedesu nieprzyjemnych zapachów mężczyźni są w stanie podporządkować się temu wymogowi, a ewentualne niedociągnięcia przyjąć z całą konsekwencją na swoje barki).

Dla mężczyzn generalnie nie byłby to żaden problem, jednak ich duży odsetek, do którego zalicza się także autor przeprowadzonych badań, w myśl przyczynowo-skutkowej logiki własnego działania dochodzi do wniosku, że skoro przedstawicielki płci przeciwnej stawiają taki wymóg, nie dając jednocześnie żadnych argumentów, poza argumentem głównym, to - działając nieco na przekór - nie będą oni w ogóle podnosili deski, co nieuchronnie prowadzi do zanieczyszczenia jej płynnymi produktami ubocznymi przemiany materii, mówiąc nieco bardziej kolokwialnie: do obsikania jej. Problem ten został nazwany "Problemem Obsikanej Deski", w skrócie: POD.

Kobiety jako istoty muszące siadać średnio o 4/5 razy częściej na desce niż mężczyźni przejawiają objawy zbulwersowania takim postępowaniem, gdyż każdorazowo muszą deskę wycierać. Mężczyźni jednak obstają przy swoim i stawiają warunek: dopóki POD nie przeistoczy się w problem podniesionej klapy (POK), bądź nie zniknie (NULL), bądź też nie zostaną przedstawione żadne argumenty merytoryczne udowadniające jednoznacznie wyższość pozostawiania deski podniesionej, a nie opuszczonej (AMUJWPDPANO), dopóty ci nie dostosują się. Kobiety rozgoryczone takim obrotem spraw oraz brakiem argumentów używają swojej broni głównej: focha, który przebiera to najróżniejsze postacie, w najgorszym przypadku kończy się on wyprowadzką lub rozwodem, jeżeli osoby będące przedmiotem sporu pozostawały w związku małżeńskim.

Jak zatem widać problem jest poważny i należy poddać go głębokiej analizie, być może konieczne okaże się także zaangażowanie w sprawę prokuratury, komisji śledczej oraz Trybunału Konstytucyjnego. Autor badań na chwilę obecną nie widzi żadnej możliwości rozwiązania konfliktu, ze względu na niechęć opozycji do podjęcia negocjacji, sam też nie zamierza odstępować od przedstawionych warunków. Należy tu zauważyć, że autor nie przyczynia się do zaistnienia POD w towarzystwie kobiet, które nie stawiają wyżej wymienionych i - z punktu widzenia autora - absurdalnych warunków.

Z przeprowadzonych badań pomocniczych wynika także, że problematyka POD ma głęboki rys historyczny i pojawia się od momentu wynalezienia sedesu. I na chuj nam to było?


Errata:
Odkąd mój umysł myśli i sięgam pamięcią, te klapy zawsze opadały. A dlaczego? Bo przez dziesiątki lat jedni bezmyślni kretyni pod kierunkiem innych bezmyślnych kretynów umieszczają muszle klozetowe w pociągach tak blisko ściany, że klapa po podniesieniu nachylona jest ku muszli i puszczona - musi opaść. Dziesiątki lat, Jezu Chryste przenajświętszy... Bo jeśli Polska właśnie, to ta ojszczana klapa.

W powyższym cytacie nazewnictwo deski oraz klapy zostało zastosowane w odwrotnym znaczeniu, niż przyjął to autor badań, jednakże jasno tutaj widać, że bohater filmu "Dzień Świra" nie miał styczności z kobietami generującymi problem POD, bądź też był kompletnie nie asertywny.


skomentuj (61)
Księga Gości
Bliscy i dalecy
Wspomóż bezdomnych ;-)
useful-idiot Inteligentna blondynka
Chmur Kobieta z jajami
Ela Stara znajoma
remy Automat do rzucania się na szyję
Asteria Ta najważniejsza


Kontakt:
adrael@blog.pl

GG: 5161503

Serwis monitorowany przez:
statystyka